Szkoła to okropne miejsce?


Dramat uczennicy


- Nienawidzę tej szkoły! Tam są chorzy ludzie, którym zależy tylko na wynikach i rankingach! Czy oni naprawdę nie widzą, że świat nie kręci się wokół tego?! - to początek rozmowy jaką odbyłem kiedyś z zapłakaną uczennicą drugiej klasy gimnazjum. Była zrozpaczona i bardzo zawiedziona swoim szkolnym doświadczeniem. Jej wizja bardzo dobrej szkoły różniła się od tego co przeżywała i nie była w stanie zrozumieć dlaczego. Zajęło mi dużo czasu i wiele rozmów z jej rodzicami oraz z nią, zanim doszliśmy do rozwiązania sytuacji.

O co w tym wszystkim chodzi?


Kiedy zastanawiałem się co właściwie się stało, doszedłem do prostego wniosku: dla niej istotne są inne rzeczy niż to co oferuje szkoła. Czy to oznacza, że szkoła jest winna rozpaczy uczennicy? Nie do końca. Szkołę tworzą ludzie którzy nią zarządzają, pracują w niej i się uczą. Jak każda szanująca się, nowoczesna instytucja, szkoła ma swoją wizję i misję opartą na wartościach, wartościach wyznawanych przede wszystkim przez osobę mającą na nią największy wpływ, czyli przez dyrektora. 

Wartości są najważniejsze


Kluczowym słowem są wartości. Ale uwaga! Nie mówimy o marketingowych chwytach mających na celu przyciągnięcie jak największej rzeszy młody ludzi takich jak indywidualne podejście, świetne warunki dla uczniów, wykwalifikowana kadra itp. Patrzymy na to co jest naprawdę ważne dla danej szkoły. 

Co w sercu szkoły gra


Jeśli jest to szkoła aspirująca do bycia co roku w pierwszej trójce w regionie pod względem wyników egzaminów, istotne będzie przygotowanie uczniów pod tym kątem. Ciężka praca, przyjmowanie wyzwań, dyscyplina, posłuszeństwo i zaufanie do prowadzących będą cenione. Wszelkie przejawy oporu i zwracania na siebie uwagi jednostki będą traktowane jak sabotaż perfekcyjnie zoptymalizowanego systemu i spotkają się z konsekwencjami. Taka szkoła jest dobra dla osób ambitnych, które wiedzą, że osiągnięcie celu wiąże się z poświęceniem i ciągłą pracą nad sobą, ale również z koniecznością zachowania pewnych ugruntowanych zasad po to by system się sprawdził i dał to czego się oczekuje. Świadomość jak taka szkoła funkcjonuje pomaga zdecydować uczniowi czy jest gotowy na podjęcie rękawicy.

Jeśli mówimy o szkole, która kładzie nacisk na społeczne aspekty życia, takie wartości jak współpraca, budowanie relacji, proaktywność, działalność w lokalnej społeczności, czy rozwój osobowości będą w cenie. Taka szkoła może brzmieć jak streszczenie wszystkich kursów umiejętności miękkich jakie można sobie wyobrazić. I to jest dokładnie to co ona daje. Młoda osoba uczy się tam być członkiem społeczności w każdym jej aspekcie. Uczeń szkoły wyznającej wymienione wcześniej wartości będzie osobą szczęśliwą przez większość czasu, nawet jeśli jego wyniki z egzaminów zewnętrznych nie pozwolą mu zrealizować od razu swoich marzeń o przyszłym życiu.

Delikatna równowaga


Wartościowy Yin i Yang w obecnym systemie edukacyjnym jest bardzo trudny do osiągnięcia. Niewiele szkół jest w stanie zagwarantować wszystkim swoim uczniom przeżycia zgodne z ich wyobrażeniami. Z drugiej strony, nie jest też tak, że wszystkie szkoły są na którymś z przeciwległych końców spektrum. Raczej chodzi tu o subtelny przechył w jedną lub drugą stronę, który może zadecydować o rozwinięciu się wewnętrznego konfliktu u niejednego nastolatka. To co jest istotne w wyborze szkoły to świadomość jakie wartości wyznaje dana placówka i co się z tym wiąże.

Przykłady szkół


W szkole, gdzie pracuję, przechył jest w stronę pierwszego typu szkoły, jaki opisywałem. Uczniowie u nas są ambitni, pracowici, czasami przepracowani, jeśli chcą realizować wiele pasji poza szkołą. Ale w zamian za to dostają solidne przygotowanie do egzaminów dających przepustkę do wymarzonych szkół i uczelni wyższych. Wiedza i umiejętności zdobyte w czasie pobytu w szkole dają fundament do dalszych sukcesów zawodowych, lecz często kosztem rozwoju życia społecznego w wieku nastoletnim. 

Szkoła, w której pracuje moja znajoma, Asia, nie osiąga najwyższych wyników w mieście z egzaminów zewnętrznych. Są raczej w środku stawki. Natomiast absolwenci jej szkoły są ludźmi nastawionymi na zrównoważony rozwój świata dla siebie i przyszłych pokoleń. Zależy im na drugim człowieku i na budowaniu więzi opartych na zaufaniu. Niestety, mniejsza liczba uczniów tej szkoły ma szansę dostać się na tak prestiżowe kierunki studiów jak medycyna, prawo, czy psychologia. Ich twarda wiedza i umiejętności są na niewystarczającym poziomie.

Pytania, pytania... i odpowiedzi!


Na czym Ci zależy? Jaka jest Twoja wizja siebie? Czy potrzebujesz popracować nad swoją osobowością, czy nad wiedzą potrzebną w twojej przyszłej pracy zawodowej? Odpowiedzi na te pytania powinny kierować młodymi ludźmi przy wyborze szkoły. Odpowiedzi pomogą również ocenić młodemu człowiekowi poziom zapału do realizacji swoich marzeń i planów. Świadomość konsekwencji wyborów daje jasność w procesie decyzyjnym i pomaga przetrwać trudne chwile na drodze do osiągnięcia celu. 

Zakończenie historii


Co stało się z uczennicą, która żaliła się na szkołę? Po rozmowach, rodzice i dziewczyna doszli do wniosku, że muszą zmienić szkołę. Wiedziałem, że dla niej będzie to jedyny sposób na zachowanie równowagi. Uczennica zmieniła szkołę na gorszą pod względem wyników egzaminów, ale dającą więcej wsparcia społecznego. Z racji tego, że była ambitna i zdyscyplinowana, poradziła sobie z egzaminami i poszła do jednego z najlepszych liceów w mieście. Szkoda tylko, że nie wyciągnęła wniosków z poprzednich doświadczeń, bo, jak mówili mi jej rodzice kiedy ich ostatnio spotkałem, historia powtarza się ponownie i pewnie będą znowu musieli zmienić szkołę. To co jest dla nas naprawdę ważne może stanowić wewnętrzny kompas wskazujący nam ścieżkę, którą powinniśmy podążać. A jeśli nie możemy wybrać tego czego pragniemy, miejmy świadomość, co znajduje się po drugiej stronie medalu.




Ok Boomer, Karen i generacja Y-Z - czy różnica pokoleń jest większa niż kiedykolwiek?

Generation gap


- Ci millenialsi to już chyba rozum stracili! Oni uważają, że pracują po to żeby żyć, a nie żyją by pracować! Niepojęte! - to cytat z rozmowy na spotkaniu rodzinnym, który musiałem zapisać od razu po jego usłyszeniu. Dlaczego? Po pierwsze, bo został wypowiedziany bez cienia ironii lub sarkazmu. Po drugie, bo pokazuje jak fundamentalne różnice światopoglądowe istnieją między ludźmi z mojego pokolenia (urodzeni w latach osiemdziesiątych) i młodszymi oraz ludźmi, którzy urodzili się w latach sześćdziesiątych lub wcześniej. Oczywiście, generalizowanie jak zawsze jest krzywdzące dla ludzi, którzy myślą inaczej niż sugeruję. Liczę na to, że te osoby wybaczą mi skrót myślowy. 

Boomer i Karen czyli kto?


Ogromna różnica międzypokoleniowa jest dzisiaj szczególnie zauważalna na skalę globalną. Symbolami tej rosnącej przepaści są dwa memy, które w ostatnim roku pojawiły się w internecie: #OkBoomer i #Karen. O co w nich chodzi? #OkBoomer odnosi się do wszelkich niewytłumaczalnych pseudo-prawd głoszonych przez niektórych członków pokolenia 60+. Przykład? - Dzisiaj dzieci ciągle mają jakieś alergie. Za moich czasów to nikt nie miał alergii a wodę piło się prosto z rzeki i nikomu nic nie było. - #OkBoomer jest tak popularny na świecie, że trafił nawet do parlamentu w Nowej Zelandii:




#Karen natomiast jest białą obrażającą innych, irytującą kobietą w średnim wieku. #Karen nic się nie podoba i kiedy jest w sklepie zawsze żąda by przyszedł kierownik. #Karen ma również problem z noszeniem maski w czasie koronawirusa nawet jeśli jest to nakazane odgórnie:



Różnice międzypokoleniowe


Skąd ta wzajemna irytacja postawami i poglądami jednej i drugiej strony? Dla mojego pokolenia niezrozumiałe jest jak można żyć dla pracy, skoro praca jest czystym układem biznesowym: wynagrodzenie za świadczenie określonej usługi. Nikt nie da pracownikowi miejsca w gablocie zasłużonych, jeśli ten poświęci całe swoje życie pracy, a nawet jeśli taka gablota istnieje, to obecność w niej nie przełoży się na lepsze życie pracownika i jego rodziny. Ze strony pokolenia 60+, moje pokolenie nie wkłada serca w pracę, którą wykonuje. Brak zaangażowania i świadomości, że do osiągnięcia sukcesu potrzebne są wszystkie ręce na pokład wkurza sześćdziesięciolatków. 

Taki mamy klimat, jak w nim żyć?


Podobnych kontrastów jest mnóstwo w różnych obszarach życia, takich jak zdrowie, wychowanie dzieci, posługiwanie się technologią czy ochrona środowiska. Czy w takim razie jest możliwa współpraca między naszymi pokoleniami? Wydaje się to mało prawdopodobne. Dzielą nas kwestie na poziomie duchowym, ciężko jest znaleźć kompromis w takiej sytuacji. Tarcia są nieuniknione. Różnice w poglądach są nieuniknione. Co jest możliwe? 

Przede wszystkim zrozumienie innego punktu widzenia. Jedno pokolenie dopiero nabiera doświadczenia, które drugie pokolenie już ma. A to drugie pokolenie potrzebuje świeżego spojrzenia na zmieniający się świat. Żarty o kobietach, które przechodziły dziesięć lat temu, dzisiaj spotkają się w najlepszym przypadku z niesmakiem u odbiorców. Z kolei frustracja tym, że nie można mieć wszystkiego od razu pokazuje, że millenialsi nie mają odpowiedniej perspektywy życiowej. 

Po drugie, potrzebny jest wzajemny szacunek i niestety główną rolę odgrywa tutaj starsze pokolenie. Przykład idzie z góry i jeśli starsze pokolenie chce widzieć u młodszego mniej arogancji to musi wytrącić im z ręki argument pt. "a wy też tak robicie, to dlaczego ja miałbym robić inaczej". 

Po trzecie, zamiast konkurować, nauczmy się uczyć od siebie na wzajem. Jest to win-win dla obu pokoleń. Na swoim podwórku, praktykuję to np. z moim teściem. Jest on typowym boomerem, ale kiedy robimy coś razem, staramy się działać tak by on mógł przekazać mi to czego się wcześniej nauczył. Moim zadaniem jest dać mu okazję to zrobić, przez pokazanie prawdziwej chęci nauczenia się czegoś. W zamian za to, on może liczyć na to, że bez żadnego głupiego wymądrzania i komentarzy pomogę mu np. w bardziej zaawansowanych komplikacjach technologicznych. 

Podsumowanie


To niewiele, ale może dać jakikolwiek drogowskaz, w którą stronę mają zmierzać nasze relacje. Dzisiaj, w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości każdy potrzebuje wykazać się elastycznością, ale nie da się tego osiągnąć z dnia na dzień. Potrzeba czasu i regularnych ćwiczeń by dojść do mistrzowskiego poziomu. Jest to jednak wykonalne nawet przy tak ogromnych różnicach międzypokoleniowych. 



Wykluczenie cyfrowe szansą dla dzieci?

Cyfrowe wykluczenie dzieci to jeden z głównych zarzutów kierowanych do zdalnej edukacji. Chcemy zrzucić winę na lekcje online za to, że niektórzy uczniowie zniknęli z systemu edukacji. Czy jest to rzeczywiście rezultat zdalnego nauczania? 

Ani czarne, ani białe

Poznajcie Marka. Marek od marca 2020 r. nie daje znaku życia. Nie ma z nim kontaktu. W wirusowej rzeczywistości nie ma kogoś takiego w szkole, jak Marek . Ale przecież ten chłopiec nie wyparował z powierzchni naszej planety. Coś się z nim stało. Istnieje w rzeczywistości, ale nie ma dostępu do komputera ani urządzenia mobilnego z internetem. Dla współczesnych ludzi brak Marka w internecie oznacza, że ta osoba nie istnieje. Bo przecież nie do pomyślenia wydaje się to, że dziecko w szkole podstawowej może dzisiaj nie mieć dostępu do internetu. 

Rzeczywistość jednych nie zawsze jest rzeczywistością drugich. Wielu z nas traktuje takie rzeczy jak toaleta w domu, bieżąca woda w kranie, czy ogrzewanie centralne jako absolutne minimum godziwej egzystencji. Podobnie jest z internetem, bez którego nie wyobrażamy sobie dzisiaj życia.

Marek jest przykładem osoby, która nie ma nawet tego minimalnego standardu życia. On funkcjonuje jak jego rodzice, bez zbędnych udogodnień. To nie jest jego wybór, tylko jego opiekunów. Oni tak  chcą żyć. Chcą odciąć się od wszelkich udogodnień, bo uważają, że zatruwają one ich organizmy i umysły. 

Marek nie jest moim uczniem. O jego historii usłyszałem od koleżanki, ale takich dzieci jak Marek jest więcej. Zdajmy sobie wreszcie sprawę, że nagła zmiana trybu pracy prowadzi do uwydatnienia wcześniej dobrze zamaskowanych braków i odmienności. Historia Marka to jedna perspektywa wykluczenia cyfrowego. Kolejną jest niskie poczucie wartości uczniów oraz brak akceptacji ich odmienności. 

Przyczyny niechęci do zdalnej szkoły

W szkole, kiedy uczeń się postara, może ukryć, że jest chorobliwie nieśmiały lub biedny. W czasie lekcji online, ukrywający się uczeń nagle znajduje się na środku sceny. Nie jest w stanie ukryć się na końcu sali lub za kolegą. Musi radzić sobie sam, a to często zbyt duża presja. Dlatego uczniowie często nie włączają w czasie zajęć kamery. Boją się pokazać swoją twarz, bo nie wiedzą, czy nie zrobią czegoś głupiego. A co jeśli pozostali koledzy i koleżanki ich nagrają  lub zaczną śmiać się z wystroju ich pokoju? To dopiero może być wstyd! 

Żaden nastolatek nie zaryzykuje zszargania swojego wizerunku w grupie po to, by nauczyciel mógł zobaczyć jego twarz. Są również bardziej ekstremalne sytuacje, gdzie uczeń nie chce  pojawić się na lekcji na żywo w żadnej formie. A skoro nie ma przy nim nauczyciela, który sprawdzi jego pracę, to równie dobrze może ominąć ten aspekt edukacji w czasach wirusa. 

Jasna strona problemu

Zastanówmy się przez chwilę, czy to co nazywamy cyfrowym wykluczeniem jest zawsze rezultatem wprowadzenia zdalnej edukacji, czy może zdalna edukacja uwypukliła, skrzętnie do tej pory skrywane, problemy niektórych uczniów. W mediach krąży liczba: sześćset pięćdziesiąt osób wykluczonych z systemu edukacji.

Pytanie brzmi: ile takich osób było przed pandemią i czy ktoś się tym w ogóle interesował? Po drugie, problemy dzieci często są kumulacją traumatycznych przeżyć i nie rodzą się przez to, że dziecko siedzi w domu, a nauczyciel “jest w komputerze”. Jeśli wiemy o liczbie osób wykluczonych, to zapewne szkoły wiedzą też, kto stoi za liczbą 650, a to pierwszy krok do podjęcia działania. Dlatego, zamiast wieszać psy na zdalnej edukacji, wykorzystajmy okazję, która się nadarzyła, by pomóc sześciuset pięćdziesięciu młodym osobom.

Zdalna edukacja wbiła się klinem w rzeczywistość

Plan działania

Jak to zrobić? Potrzebujemy skoordynowanych działań dyrekcji szkoły, wychowawcy, nauczycieli uczących daną osobę, psychologa lub pedagoga szkolnego i ośrodka pomocy rodzinie, jeśli będzie taka potrzeba.

Dopiero działając razem, jesteśmy w stanie opracować wielostopniowy plan dający dziecku co najmniej kilka szans na powrót do szkoły i dostęp do edukacji, który należy się każdemu. Najważniejsza jest rozmowa z opiekunami i samym dzieckiem. Zacznijmy od dużej ilości empatii, by zrozumieć, co doprowadziło do konkretnej sytuacji. Następnie opracujmy łagodną wersję powrotu dziecka do szkoły w porozumieniu z opiekunami.

Jeśli to nie pomoże, ustalmy, co stoi na przeszkodzie. Jeśli są to rodzice, rozmawiajmy z nimi, a jeśli będzie trzeba, przypomnijmy im jakie mają obowiązki. Jeśli to dziecko nie będzie chciało wrócić, skupmy swoje starania na zapewnieniu mu bezpiecznej przestrzeni do rozmowy z psychologiem lub pedagogiem szkolnym. Może za niechęcią wobec szkoły kryje się coś więcej? Rozmawiajmy i starajmy się uświadomić dziecku, że edukacja daje wartość.

Bardzo istotny w całym procesie jest przepływ informacji pomiędzy osobami zainteresowanymi. Dyrekcja, nauczyciele, psycholog i rodzice powinni mieć jak najbardziej aktualny dostęp do informacji. Pomoże to w ominięciu przeszkód hamujących działania którejkolwiek ze stron. Jeśli nigdy wcześniej nie prowadziliście takich rozmów, polecam szkolenia z coachingu w edukacji, porozumienia bez przemocy lub self-regulation. To dzięki nim udało mi się wypracować warsztat potrzebny do sprawnej komunikacji z rodzicami i dziećmi w pracy. 

Zdalna edukacja wbiła się klinem w rzeczywistość i być może zostanie z nami na dłużej. Warto działać w kierunku poprawy stanu rzeczy, bo scenariusz, w którym nauczanie na odległość będzie cyklicznym wydarzeniem, jest w tej chwili bardzo prawdopodobny.

Doceniaj - nie oceniaj



Tekst przeczytasz również w serwisie ja-nauczyciel.pl 


Pierwsza obserwacja



- A czy to będzie na ocenę? - zapytała trzynastoletnia Zosia. Nie spodziewałem się tego.  
- Nie, to nie będzie na ocenę, to jest dla was do poćwiczenia samodzielnie - Pomyślałem, że Zosia pewnie denerwowała się, że nie będzie w stanie poprawnie zrobić tych zadań, ale właśnie po to zaproponowałem zestaw zadań bez oceny, żeby dzieci przećwiczyły nowy aspekt języka bez stresu.
- Czyli nie musimy tego robić? A to nie będę sobie zawracać tym głowy, bo szkoda czasu - Zosia spakowała  do plecaka kserówkę i wyszła z sali. Co się przed chwilą stało? Dziecko dostaje zadania z kluczem by mogło je rozwiązać samodzielnie i poćwiczyć, ale uważa, że jest to bez sensu, bo nie dostanie za to oceny? Ocknąłem się po chwili i poszedłem dalej. Do końca dnia nie mogłem wyrzucić z pamięci scenki z rana. Zacząłem zastanawiać się co zrobiłbym w sytuacji Zosi. 

Jestem uczniem współczesnej szkoły z ogromną ilością nauki i zadań do zrobienia w domu. Muszę ustalić co jest ważniejsze, a co można odłożyć na później, bo inaczej zabraknie mi czasu na ogarnięcie wszystkiego i może chwilę na życie prywatne. Chyba zrobiłbym to samo co moja uczennica! 


Drugie dno oceniania


Zwróciłem też uwagę na to jak możliwość zdobycia oceny wpływa na motywację do działania u człowieka. To jest bardzo behawioralne kiedy się temu przyjrzy z bliska. Mamy do czynienia z klasyczną sekwencją bodziec - reakcja, która jest tak ugruntowana w człowieku, że jest nawykiem. Co jednak się stanie gdy bodziec nie zaistnieje? Brak reakcji. Taki system motywacji w długiej perspektywie jest tragiczny dla każdego. Jeśli nauczymy pracownika korporacji, że jeśli wykona jakieś zadanie to dostanie dodatkową gratyfikację, to czy zrobi on coś w sytuacji braku nagrody? Obawiam się, że raczej zignoruje sprawę i poszuka sobie zadania, które spełni jego potrzebę. Oceniając pracę ucznia w tradycyjny sposób, uruchamiam w nim ten sam wzorzec postępowania co u pracownika korporacji. Nie ma możliwości, żeby uczeń chciał zrobić cokolwiek, jeśli nie będzie się to opłacało. A rzeczywistość jest taka, że oceny cząstkowe są w cenie, bo decydują o ocenie końcowej. System jest bardzo wymierny, ale demotywujący. 

Bardzo dziwi mnie również kiedy ktoś straszy jedynkami. Użycie systemu oceniania jako straszaka i grożenie komuś, że nie zda do następnej klasy jest jak klasyczne wyrażenia "bo Cię zwolnię!" lub "bo po premii! znane z dorosłego życia, choć obecnie wymierające. Tymczasem w edukacji straszaki nadal są w trendzie wzrostowym i póki system oceniania będzie cyferkowy nie ma szans na jakiekolwiek wypłaszczenie. 

Ocena potrzebna do rozwoju


Z drugiej strony, chcemy wiedzieć, czy praca, którą wykonujemy jest wysokiej jakości. Może moglibyśmy robić coś lepiej, ale nie wiemy co i jak zrobić? Dzieci też mają taką potrzebę, lecz w ocenowym kieracie zniekształca się ona do postaci opisanej wcześniej. Jak w takim razie sprawić by dzieci dowiedziały się czy wykonują swoje zadania dobrze, ale nie uzależniły się od cyferek w edzienniku? Przede wszystkim skupmy się na tym co zostało zrobione. Uczeń potrzebuje informacji co potrafi, umie, wie. To nie jest żadna nowość, ale mimo, źe w konspektach lekcji często wymagane są cele główne i operacyjne, to rzadko kiedy nauczyciel daje informację uczniowi, czy po wykonaniu pracy osiągnął założony cel. Po drugie, zamiast chwalić ucznia jaki jest świetny i mądry skupmy się na faktach i wysiłku, który doprowadził go do tego miejsca. Dlaczego mamy nie chwalić? Bo to uzależnia. Uczeń raz pochwalony w nieodpowiedni sposób, będzie pracował chętniej jeśli będzie dostawał dalsze pochwały. Ale biada nauczycielowi, który zapomni tego ucznia pochwalić kiedy ten tego oczekuje, bo uczeń poczuje się oszukany i straci motywację do działania. Skupmy się na faktach, kompetencjach i wiedzy, którą uczeń zdobywa. Nie potrzebujemy mówić mu, że jest prześwietny. Sam to czuje, kiedy dostaje odpowiednią informację zwrotną. 

Zamiast cyferek


Druga sprawa to uwolnienie systemu oceniania od cyferek. I nie chodzi o pudrowanie problemu przez zmianę cyferek na literki, drzewka czy słoneczka. Taka kosmetyczna zmiana nie zmienia systemu. Dziecko nadal będzie dążyło do tego by mieć jak najwięcej literek A, gwiazdek, lub serduszek. Wykorzystajmy materiał, który jest, by stworzyć przydatne dzieciom narzędzie. Możemy to zrobić na zasadzie scrumowego backlogu. Rozpisujemy wymagane treści i umiejętności z danego przedmiotu w etapie edukacyjnym. Pomoże nam w tym podstawa programowa. Nauczyciel będący niejako właścicielem produktu decyduje o kolejności realizacji materiału oraz w porozumieniu z zespołem klasowym, o ilości elementów robionych w danym przedziale czasowym. Praktyczne pokazanie rozumienia problemu, przetestowanie wiedzy teoretycznej, pokazanie użycia umiejętności przez ucznia będą dowodem na nabycie oczekiwanych umiejętności, wiedzy i kompetencji. Po co nam oceny mówiące tylko, że dany test uczeń napisał bardzo dobrze, ale pomijające czego się nauczył i co wyniesie na dłużej. Jako dokumentację zdobytych kompetencji i wiedzy każdy uczeń będzie miał tabelę z zaznaczonymi umiejętnościami i wiedzą, którą już ma.

Potrzeba zmiany odgórnej


Świadomość jak różne rodzaje ocen wpływają na dziecko to jedno, ale potrzebujemy równocześnie zmian organizacyjnych idących z góry. Póki nie zmienimy szkolnych systemów oceniania, wszystkie rewelacyjne pomysły na informację o postępach możemy wyrzucić do kosza. Potrzebujemy grubej kreski i radykalnego przewrotu, który na początku spotka się z oporem, ale da realne szanse na unowocześnienie procesu nauczania. Bez niego ruchy oddolne zmieniające ocenianie pozostaną w sferze promyczka innowacji, bez większego wpływu na cały system edukacyjny.

Sprawa testów


Wielu eduzmieniaczy mocno prze w kierunku wyrzucenia testów jako formy sprawdzania wiedzy, ale ja wolę iść pod prąd. Testy to świetna okazja do sprawdzenia się, lecz w naszym systemie kojarzą się tylko ze stresem i uczeniem się pod klucz. Tymczasem powinniśmy traktować test jak każde ćwiczenie. Test to zestaw zadań monitorujących postępy i ułatwiających identyfikację obszarów gdzie możemy się jeszcze poprawić. Stosujmy je, ale bez oceniania cyfrowego, bez konsekwencji dla ucznia, tak by on też widział, że jest to przydatne narzędzie i sam chciał się sprawdzać. Dla mnie test jest jak krzyżówka i również dziecko powinno traktować go jako okazję do sprawdzenia swojej wiedzy bardziej niż jako przykry egzamin wywołujący stres i często kończący się złą resztą dnia.

Podsumowanie


Dać dzieciom informację co potrafią, a co mogą jeszcze usprawnić to podstawowy cel oceniania. Dzisiaj cyfrowa skala nie odpowiada potrzebom współczesnych ludzi.

 W świecie dorosłych, firmy rozwijają nowoczesne systemy ewaluacji swoich pracowników, tak by mogli się świadomie rozwijać w potrzebnych obszarach bez większego stresu. W świecie szkolnym, nadal tkwimy w nieefektywnym systemie cyfrowym. Choć jest coraz więcej nauczycieli i szkół przechodzących na ocenianie kształtujące, wąski strumyczek zmiany płynie zbyt wolno. Potrzebujemy zburzyć tamę, zrobić pierwszy krok i z odwagą wejść w XXI wiek oceny opartej na informacji zwrotnej w każdej szkole.

Co z tym polskim? Jak przywrócić skamielinę do stanu używalności


Flashback do czasów szkolnych


Pamiętam to, jak wczorajszą noc. Godziny spędzone na koszmarnie nudnych lekturach, wyuczonych na pamięć, bez realnego przełożenia na lekcje życiowe. Pamiętam brak zrozumienia dlaczego mam napisać więcej, niż tak naprawdę mam do powiedzenia. Nikt też nie potrafił do końca wytłumaczyć mi jak napisać wnioski, po co jest rozprawka, dlaczego mam umieć pisać charakterystykę bohatera literackiego. Czytanie poezji w wieku kilkunastu lat? To był dla mnie żart, przecież nie miałem na tyle dużego doświadczenia życiowego i wiedzy, żeby choć docenić kunszt autora, nie wspominając o osobistej więzi z emocjami i przemyśleniami w wierszach. 

Przedmiotowa skamielina


Język polski jest w tej chwili najbardziej skostniałym przedmiotem w zestawie. Uczy treści i umiejętności które w osiemdziesięciu procentach są totalnie nieprzydatne w życiu nastolatka i dorosłego. Marnujemy potencjał przedmiotu, który powinien być jednym z najpopularniejszych w szkole. Komunikacja w języku ojczystym jest dzisiaj bardziej istotna niż kiedykolwiek, a nauka języka ojczystego w obecnej formie to wydmuszka.

Czy można inaczej?


Gdybym miał moc sprawczą do zmiany tego przedmiotu.. Czego chciałbym nauczyć nowe pokolenia? Zacząłbym od umiejętności pisania współczesnych tekstów. W krajach anglojęzycznych nauka pisania już dawno przeistoczyła się w rzemiosło, którego nauczenie jest bardzo proste. U nas w dalszym ciągu nauczanie pisania to ulotna i pełna niedopowiedzeń sztuka. Ocena prac jest subiektywna, a uczeń często nie ma możliwości poprawy swojego warsztatu, bo nie wie co w jego pisaniu jest złe. Dzisiejsze warunki i internetowa rzeczywistość nie pozwalają na stosowanie kwiecistego stylu i komponowanie długich wypowiedzi. Ekonomia języka jest kluczowa. Natomiast na lekcjach języka polskiego nauczyciele nadal wymagają od uczniów tworzenia wypowiedzi rozwlekłych i przez to niezrozumiałych. Dlatego dla mnie podstawą w dzisiejszych czasach jest nauka copywritingu. To zasady copywritingu wyznaczają standardy współczesnych tekstów w firmach, blogach i na stronach internetowych. Idąc z duchem czasu, powinniśmy tworzyć teksty dla ludzi żyjących teraz, a nie dwieście lat temu. Nauczmy się tworzyć teksty zwięzłe, na temat i bez zbędnych ozdobników utrudniających zrozumienie.

Komunikacja jest kluczem!


Kolejny bardzo istotny aspekt to rozwijanie kompetencji komunikacyjnych. Język polski daje nam ogromne możliwości w tym obszarze. Możemy zacząć od podstaw, które pojawiają się na każdym szkoleniu z komunikacji dla początkujących, takich jak wzrost świadomości jak wysyłany komunikat może być odbierany przez różne osoby, czy stosowanie języka faktów. Później możemy przejść do zagadnień związanych tworzeniem wypowiedzi ustnych za pomocą zrozumiałych struktur takich jak wstęp trzy argumenty z zdaniem wstępu, rozwinięciem, przykładem i podsumowanie, albo podejście dwutorowe, porównywanie (co to jest tertium comparationis i jak je wykorzystać w praktyce). Po wyćwiczeniu umiejętności przemawiania publicznie możemy przejść do poziomu zaawansowanego, na którym ćwiczymy zabiegi retoryczne, by rozumieć język polityków i osób publicznych. Efektywna komunikacja to również znajomość systemu, z którego korzystamy, więc zasady ortografii i gramatyki języka polskiego powinny być wspierane na każdym kroku. 

Mamy też ogromne braki w ćwiczeniu dykcji, co szczególnie widać u młodych youtuberów, często mówiących szybko, ale niezrozumiale. Potrzebujemy zajęć ćwiczących dykcję i emisję głosu. Częściowo można je zrobić na języku polskim a częściowo na muzyce. Warto wzmocnić ten aspekt ze względu na współczesne potrzeby ludzi doby szybkiego tworzenia treści multimedialnych. Ponadto, nauka netykiety to sprawa kluczowa przy komunikacji internetowej. Jak bardzo jest ona potrzebna świadczy styl komunikacji pokoleń, które nigdy nie przeszły szkolenia z netykiety i używają nadmiernych ilości wielkich liter, wykrzykników oraz znaków zapytania, zupełnie nie czując jak duży ładunek emocjonalny niosą ze sobą te znaki. 

Lektury..


Tym co szczególnie trawi mnie od środka, jest zestaw lektur szkolnych. Moje pokolenie nie miało zbyt dobrej relacji z lekturami szkolnymi, bo już my nie rozumieliśmy często przekazu wielkiego dzieła, a co dopiero dzisiejsza młodzież! Czy mamy czytać wielkie dzieła bo są wielkie? Jaki jest cel znajomości lektur szkolnych? Po co mamy je czytać? Czytając lektury, szukałem w nich lekcji życiowych dla siebie. Często jednak historie i język utworów literackich były tak oderwane od mojej rzeczywistości, że nie znajdowałem w nich nic wartościowego. Dzisiaj mam inną perspektywę, ale to wiąże się z innym doświadczeniem życiowym. Nastolatki nie widzą świata oczami dorosłych, więc dlaczego miałyby czytać książki, które poruszają serca osób w średnim wieku?

Co w takim razie powinni czytać w zamian? Zdecydowanie książki, które dają im inspirację do działania, pozwalają wyrobić opinię o otaczającym nas świecie, lub oferują ważne lekcje życiowe o funkcjonowaniu we współczesnej rzeczywistości. Bez większego zastanowienia mogę wymienić kilka pozycji, spełniających powyższe kryteria. Po pierwsze, trylogia Yuvala Noah Harari ("Sapiens" "Homo Deus" "21 Lekcji na XXI wiek"), książki inspirujące do myślenia, dające perspektywę na to co kieruje nami jako ludźmi, jak może wyglądać nasza przyszłość i o czym dyskutuje współczesny świat. Po drugie, Aleks Barszczewski ("Sukces w relacjach międzyludzkich"), o tym jak nie być totalnym boomerem w globalnej wiosce. Po trzecie, Stephen Covey ("7 nawyków skutecznego działania"), pokazujący jakie nastawienie może nam pomóc być lepszymi ludźmi. Po czwarte David Allen ("Getting Things Done") czyli biblia zarządzania czasem. Naszym dzieciom potrzeba również wyraźnych wskazówek jak komunikować się za pomocą tekstu. Dla mnie świetnym początkiem może być książka "Magia Słów", której autorką jest Joanna Wrycza-Bekier. Jest to wprowadzenie do pisania tekstów, nad którymi autor może mieć kontrolę. Autorka pokazuje jak operować językiem by precyzyjnie i ciekawie przekazać nasze myśli. Patrząc z innej perspektywy, często narzekamy, że dzieci nie mają żadnych autorytetów. Ale dzieci nie mają nawet okazji o nich poczytać. Dajmy im okazję dowiedzieć się o ludziach, którzy byli ciekawymi postaciami. Najlepiej zacząć od własnego podwórka. Na języku polskim często uczymy się o pokoleniu Kolumbów, ale czy wiemy skąd bierze się ta nazwa i o co chodziło z Kolumbem? Książka "Sen Kolumba" Emila Marata to świetny przykład inspirującej biografii człowieka, który jest zarazem znany i nieznany. Ponadto właśnie z tej książki dowiemy się, dlaczego całe pokolenie zyskało nazwę pochodzącą od pseudonimu jednej osoby.

Nie każdy bohater, to bohater wojenny


Mogę wymieniać jeszcze długo książki, które są w kontakcie z dzisiejszą rzeczywistością, ale na dłuższą metę będzie to monotonne. Bardzo istotne jest dla mnie również to, by uczniowie inspirowali się przykładami ludzi z różnych sfer życia. Bohaterowie wojenni są świetni, ale w czasach spokoju przyda się ktoś, kto odniósł sukces bez najeźdźcy stojącego u bram. Dlatego na języku polskim powinniśmy przedstawiać osoby, które odniosły sukces życiowy i zrobiły coś dobrego dla społeczeństwa w różnych dziedzinach. Czy dzisiaj szeroko mówi się o Józefie Żychlińskim, Hipolicie Cegielskim, Tadeuszu Tańskim, Leopoldzie Kronenbergu, czy Izrazelu Poznańskim? Niezależnie od ich narodowości, oraz metod pracy, działali oni na terenie naszego kraju i znacząco przyczynili się do jego postępu.  Inspirujmy młodych by chciało im się coś zrobić ze swoim życiem. Język polski może w tym pomóc jeśli się go doprowadzi do stanu używalności dla współczesnych ludzi. 

Kończąc


Język polski to nie tylko literatura. Język ojczysty to potężne narzędzie komunikacji dające władzę, szczęście, sukces, emocje, zrozumienie, postęp. Chciałbym, żeby moje dziecko mogło uczyć się tego języka w formie, która przede wszystkim będzie zrozumiała dla niego. Im lepiej poznajemy swój język, tym precyzyjniej jesteśmy w stanie przekazać to co jest w nas. Starajmy się robić to językiem, który jest nam bliski. Niektóre wielkie dzieła zasługują na emeryturę, bo ich czas już minął. Możemy je podziwiać i czytać dla przyjemności, ale wartość edukacyjna płynie dzisiaj z innego źródła. Dlatego powinniśmy dążyć do uwspółcześnienia nauki o jednym z najważniejszych elementów naszej tożsamości narodowej.

Zwinne podejście w szkole - droga eduScrum mastera



Najtrudniejszy pierwszy krok..


Nigdy nie sądziłem, że odważę się na ten krok. Pracuję w miejscu, które hołduje tradycyjnemu podejściu do edukacji, gdzie metoda kija i marchewki jest powtarzana jak mantra. Zanim wszystko się zaczęło, byłem zwykłym nauczycielem, realizującym podstawę programową na lekcji. Półtora roku temu, któregoś dnia, szukałem w internecie materiałów, które pomogłyby mi rozwinąć się osobowościowo. Zrezygnowany, po wielu wyszukiwaniach, w pewnym momencie trafiłem na książkę, która zmieniła moje życie. Scrum - The Art of Doing Twice the Work in Half the Time odmieniło mnie i wrzuciło na tory zwinnej rewolucji. 

Cała filozofia scruma przygwoździła moją uwagę i chłonąłem każdy najmniejszy jej pierwiastek. Najbardziej utkwił we mnie jeden mało wyróżniający się podrozdział o zastosowaniu scruma w edukacji. Kiedy go przeczytałem, wiedziałem, że to jest to co chcę robić przez najbliższe lata. Wyruszyłem na misję, dzięki której miałem stać się eduScrum masterem. 

Scrumowe początki


Po pierwszych optymistycznych krokach, przeczytaniu Scrum Guide i eduScrum Guide napotkałem na trudności. Miałem mnóstwo pytań o implementację scrumowego podejścia, lecz nie znałem nikogo, kto mógłby na nie odpowiedzieć. Ponadto, samodzielne próby wprowadzenia eduScrum skończyły się marnie. Totalne fiasko, zrażenie uczniów do zmiany i spadek zaangażowania u mnie to szkody, które wyrządziłem bawiąc się narzędziem, o którym wiedziałem tak naprawdę niewiele. 

To był grudniowy wieczór kiedy znalazłem pierwsze szkolenie ze z scruma w edukacji. Niestety był to również pierwszy falstart. Szukałem wskazówek jak zacząć scrumować, a dostałem podstawy filozofii scruma, które miałem na tym etapie opanowane. Kontynuowałem poszukiwania i po tygodniu, zupełnie przypadkiem trafiłem na podcast Menedżer Plus, Mariusza Chrapko, gdzie w 69. odcinku Mariusz rozmawiał z siostrami Orbitowskimi, Martą i Pauliną o scrumie w edukacji. Kiedy dowiedziałem się, że współpracują z twórcą eduScrum Willym Wijnandsem i są certyfikowanymi trenerkami eduScrum, poczułem że muszę się do nich zgłosić i być może wreszcie uzyskam odpowiedzi na świdrujące dziurę w brzuchu pytania.

Szkolenie eduScrum okazało się być wyzwaniem pod względem finansowym. Dla mnie 700zł plus weekend w stolicy to duży koszt, na który nie mogę sobie pozwolić w każdej chwili. Zwróciłem się do dyrektora mojej szkoły z prośbą o wsparcie. Przedstawiłem zalety eduScrum i zwróciłem uwagę na potrzebę zmiany, która już się zaczyna w najbardziej progresywnych szkołach w kraju i Europie. Dyrektor był bardzo pozytywnie nastawiony do mojej inicjatywy. Powiedział, że wyśle na szkolenie razem ze mną jeszcze dwie osoby. Niestety, szkolenia eduScrumowe odbywają się rzadko.  Zgranie mojego kalendarza i dwóch osób, które nie do końca wiedzą po co miałyby jechać uczyć się o scrumowaniu, o którym po prostu za mało wiedzą, okazało się zbyt dużym wyzwaniem. 

Zapłon i do pracy!


Po niepowodzeniu w marciu oraz sierpniu, zrezygnowałem ze wsparcia szkoły. Do tego czasu zdołałem również uskładać kwotę, dzięki której mogłem sam wyruszyć na jedno z najbardziej wartościowych szkoleń jakie odbyłem w karierze nauczyciela. Zapisałem się i ostatni weekend września spędziłem w Warszawie, zgłębiając tajniki eduScrum z grupą przeciekawych nauczycielek z całego kraju. Była również z nami nauczycielka z Niemiec oraz dyrektorka szkoły z Ukrainy. Grupa, miejsce i przede wszystkim prowadzące szkolenie dały mi prąd rozruchowy do rozpoczęcia eduScrumowej przygody na serio. Pełen entuzjazmu i z głową wypakowaną nowymi pomysłami, wracałem w niedzielę do Poznania pociągiem przez cztery godziny bez miejsca siedzącego. Kto by pomyślał, że akurat w ten weekend Taco Hemingway i Dawid Podsiadło zrobią koncert na PGE Narodowym! 

Moja żona nie była tak zachwycona ideą eduScrum jak ja. Nie do końca wierzyła w wartość, jaką może dać zwinne podejście do życia. Nie dziwię się jej, ponieważ ona naturalnie wytworzyła zwinne mechanizmy w swoim życiu. Za to ja nie jestem taki mądry i potrzebowałem kogoś, kto mnie tego nauczy. Mimo wszystko, powrót był szczęśliwy, bo oboje się stęskniliśmy za sobą nawzajem, nie wspominając o mojej córeczce

Kolejne questy wypełnione


Na szkoleniu dowiedziałem się, że popełniłem kardynalny błąd, mówiąc uczniom o tym, że będziemy robić eduScrum. To było najgorsze co mogłem zrobić, bo świadomość nadchodzącej nieuniknionej zmiany, którą chce wprowadzić nawiedzony nauczyciel od razu stawia uczniów w stan podwyższonej gotowości do odparcia ataku. Zgodnie z tym czego nauczyły mnie moje mistrzynie, wprowadziłem eduScrum podstępnie, lecz tym razem, skutecznie.

Scenariusze, które były omawiane przez Martę i Paulinę oraz to co przeczytałem lub wysłuchałem na temat implementacji scrum/eduScrum okazały się bardzo pomocne. Pierwsza grupa, w której wprowadziłem eduScrum podręcznikowo zaliczyła wszystkie etapy przechodzenia przez zwinną zmianę. Entuzjazm spowodowany nowością, pierwszy opór, trudności, radzenie sobie z problemami, dostosowywanie się do nowego trybu pracy to fazy, przez które przeszły dzieci z siódmej klasy. Te potyczki były łatwe do opanowania.

Boss Battle!


Jednak najważniejsze starcie było dopiero przede mną. Kiedy grupa osiągnęła punkt krytyczny, przyszedł zmasowany atak. Po kolejnym sprincie w czasie retrospektywy wylały się wszystkie żale dzieci. Uczniowie narzekali, że muszą sami planować pracę, że mają różne zadania do wykonania i muszą współpracować, a nie każdy chce pracować tak jak oni by tego chcieli. Co więcej, uczniowie zdali sobie sprawę, że sami nie są w stanie wszystkiego zrobić i potrzebują pomocy nauczyciela. Wcześniej nie potrafili o nią poprosić, choć byłem w gotowości do pomocy i często im przypominałem o takiej możliwości. Z drugiej flanki ruszyli na mnie rodzice, dzieląc się swoimi obawami o rezultaty egzaminów zewnętrznych ich dzieci, a egzaminy przecież już w przyszłym roku szkolnym. Rodzice podkreślali fakt, jak bardzo zmęczone są ich pociechy, bo konieczne jest by byli odpowiedzialni za swój proces uczenia się i za swoją pracę. Padały sugestie, żebym ograniczył scrumowanie i dawał więcej gotowej wiedzy do zapamiętania, bo tak będzie dzieciom łatwiej. 

Co zrobiłem w obliczu ataku? Najpierw skupiłem się na osobach z obu grup, rodzicielskiej i uczniowskiej, które popierały zwinne podejście do nauki. One stały się głosem równowagi w starciu. Ich pozytywne doświadczenia i nowe kompetencje, które zdobyli stały się punktem zahaczenia dla mnie w rozmowach z uczniami i rodzicami. Rodzice przekonali się do pozytywów szybciej niż uczniowie. To właśnie z dziećmi musiałem spędzić kilka godzin dyskutując o ich potrzebach, odczuciach i nowym kształcie naszej współpracy. Ustaliliśmy, że potrzebujemy mieć minimum teorii z nowej gramatyki plus ćwiczenia całą grupą zanim ruszymy z projektem. Ponadto ustaliliśmy, które źródła do nauki słownictwa są warte korzystania. Po trzecie, doszliśmy do wniosku, że potrzebny jest dłuższy sprint by zrealizować złożony projekt, więc zwiększyliśmy horyzont kolejnych sprintów z ośmiu do dziesięciu lekcji. Dla mnie było to w porządku bo i tak robiliśmy wszystko półtora tygodnia szybciej niż tradycyjnie. Ale punktem kulminacyjnym było przełamanie bariery komunikacyjnej między uczniami a mną. Uczniowie przestali bać się otwarcie mówić o swoich obserwacjach, uwagach, problemach, co pozwoliło nam nie tylko oczyścić atmosferę, ale również zacząć budować zupełnie nową jakość relacji.

W przeciwieństwie do wielu opowieści, w mojej wersji bohater do samego końca nie był sam w swoich zmaganiach z wprowadzeniem eduScrum. Miałem do dyspozycji grupę eduscrumową na FB, byłem w kontakcie z Martą i Pauliną, a nawet miałem okazję porozmawiać o moich problemach z samym Willym Wijnandsem! Przy takim wsparciu było mi łatwiej rozegrać główne dotychczas starcie. 

Epilog


Nie jest to jednak koniec opowieści. W epilogu pojawia się zdradliwy korona wirus, który zamknął szkoły i zmusił dzieci oraz nauczycieli do pozostania w domu. Scrumowanie na odległość jest możliwe w dorosłym świecie przy bogatym wyposażeniu sprzętowo-software'owym. W szkole istnieją większe wyzwania, bo oprócz różnie działających platform i narzędzi komunikacyjnych proponowanych przez szkołę, jest też kwestia RODO przy wyborze alternatywnych narzędzi, nawał pracy ze strony pozostałych nauczycieli, problemy z przepływem informacji i zrozumieniem. Ale droga eduScrum mastera nigdy nie jest usłana płatkami róż, więc tworzę już sytuacje, w których grupa może z powrotem działać pracując w teamach. A już niedługo szykuje się... wielki powrót eduScrum! Tym razem w wersji zdalnej :)

Trzymajcie się i czekajcie na dalsze losy wojownika eduScrum na ścieżce ciemności edukacyjnej. Podzielcie się komentarzami i pytajcie jeśli również chcielibyście kroczyć drogą eduScrum mastera.

Co będzie potem? X lekcji dla edukacji po koronie

zdalna nauka

Skarbnica wiedzy


Live'y to w tej chwili jedna z najefektywniejszych metod otrzymywania od uczniów informacji zwrotnej. Każde dziecko i nastolatek przeżywa nową sytuację i  postrzega ją indywidualnie. W wielu przypadkach nasi podopieczni są gotowi podzielić się spostrzeżeniami. Po co mielibyśmy ich słuchać? W ostatnich dniach w czasie moich zajęć na żywo pytałem uczniów jak wygląda ich praca zdalna, czy mają dużo pracy, jak to wygląda organizacyjnie. 

Co powiedziały maluchy?


Odpowiedzi piątoklasistów były zgodne z trendami widocznymi w internecie. Młodzi narzekali na ilość pracy do zrobienia, nawał materiału i goniące terminy. Nowa sytuacja jest dla nich przytłaczająca i wymaga dużego zaangażowania rodziców. Dzieci w piątej klasie w mojej szkole nie mają jeszcze odpowiednich umiejętności oraz przygotowania emocjonalnego by samodzielnie radziły sobie ze szkolnymi wyzwaniami. 

Co powiedzieli licealiści?


Odpowiedzi licealistów znalazły się na drugim końcu skali. Dla nich nauczanie zdalne w postaci samodzielnej pracy na platformie, połączonej z zajęciami live. jest najlepszą rzeczą jaka spotkała ich w tym roku szkolnym. Uczniowie drugiej klasy liceum argumentowali, że nie tylko robią więcej niż wcześniej, bo przejęli odpowiedzialność za swoją naukę, ale dzięki planowaniu pracy indywidualnie, mają czas dla siebie po zajęciach. Wcześniej uczniowie narzekali na brak czasu na cokolwiek poza nauką, teraz robią co trzeba i czują się zrelaksowani. Zrelaksowani! Zauważam niesamowitą zmianę podejścia do uczenia się szczególnie wśród osób z wypakowanym planem tygodnia. Są to młodzi ludzie, którzy oprócz szkoły działają społecznie, uczęszczają na zajęcia rozwijające umiejętności artystyczne, lub biorą udział w przygotowaniach do lokalnych, wojewódzkich i krajowych zawodów sportowych. Sztywny tygodniowy plan zajęć przeszkadza im w normalnym funkcjonowaniu. Dzisiaj, oprócz szkoły, ci młodzi, ambitni ludzie mają czas na organizowanie pomocy dla potrzebujących, zajęcia dodatkowe, treningi. Wszystko odbywa się zdalnie i w domu, ale to tylko potwierdza ich obserwacje, że nowy tryb pracy wpływa na ich życie pozytywnie.

Co powiedziały scrumujące dzieci?


Jednak największe zaskoczenie przyszło ze środka skali. Uczniowie z klasy siódmej przyznali, że choć tęsknią za szkołą, ich praca, w porównaniu z normą, nie zmieniła się wiele. Dlaczego? Przecież dzieci w siódmej klasie mają dwanaście, trzynaście lat, to jeszcze dzieci i powinny narzekać prawie tak samo jak piątoklasiści. Jednak grupa, o której piszę, jest wyjątkowa. Od tego roku szkolnego, siódmoklasiści realizują zwinne podejście do uczenia się. W tym czasie zdobyli kompetencje, które pozwalają im bardzo efektywnie uczyć się nowych rzeczy samodzielnie. Chcecie przykład? Dzieci w siódmej klasie po obejrzeniu serii klipów i zrobieniu kilku zadań, swobodnie używają mowy zależnej. Na ostatnich zajęciach live chciałem im to wytłumaczyć, bo wcześniej nie mieliśmy takiej konstrukcji. Okazało się, że dzieci same opanowały nowy materiał, bez mojego prowadzenia. Czy miały pomoc z zewnątrz? Pewnie tak, ale o to chodzi w nowoczesnej edukacji. Dzieci mają korzystać ze wszystkich dostępnych źródeł i form pomocy by zwiększyć szanse na sukces.

Punkt widzenia nauczycieli


Praca zdalna to również kopalnia nowych doświadczeń dla nauczycieli. Sporo z nas miało dotychczas do czynienia z blended learning, zajęciami przez Skype, czy na innych platformach. Nigdy jednak nie pracowaliśmy zdalnie na taką skalę. Nowa rzeczywistość uświadomiła wielu nauczycielom, że wkraczamy w kolejny etap rozwoju systemu edukacji i oprócz umiejętności cyfrowych potrzebnych do tworzenia materiałów i testów, obsługi platform i komunikatorów, potrzebujemy czegoś więcej. Przede wszystkim w zajęciach zdalnych wypłynęły problemy z komunikacją. Nauczyciele często instruują uczniów zbyt lakonicznie. W rezultacie, nauczycielskie skróty myślowe prowadzą do nieporozumień i blokują uczniów. Drugą sprawą była ilość zadań do zrobienia samodzielnie. Nauczyciele początkowo przyjęli, że uczniowie powinni być w stanie samodzielnie zrobić tyle samo co na lekcji w szkole. Problem w tym, że nauczyciele przecenili umiejętność samodzielnego uczenia się dzieci. Do tego doszła przypadkowo wytworzona lawina śnieżna w postaci ogromu zadań zrzuconych przez nauczycieli na uczniów na raz. Jednak najbardziej zaskakujące dla nauczycieli były wizyty nieoczekiwanych gości na live'ach, którzy w ramach uatrakcyjniania lekcji puszczali filmy porno i komentowali wygląd nauczycieli używając języka prosto z Ślepnąc od świateł. 

Wezwanie do działania!

Opisałem tylko wybór obserwacji z ostatnich tygodni. Pewnie macie ich znacznie więcej i jeśli chcecie się nimi podzielić, zostawcie swoje przemyślenia w komentarzu. Zakładam, że wpis będzie początkiem księgi dobrych praktyk na przyszłość. Postaram się aktualizować zbiór praktyk, odnotowując autorów sprawdzonych rozwiązań na przyszłość.


Stworzyłem zestaw dobrych praktyk i zaleceń w oparciu o retrospektywę zrobioną z uczniami oraz rozmowy z nauczycielami z ostatnich trzech tygodni.

1. Zwiększaj autonomię uczniów, tak by byli w stanie samodzielnie wykonywać zadania i uczyć się. Wprowadź zwinne podejście do nauczania

2. Wprowadzaj unifikację narzędzi dla ułatwienia pracy uczniów i nauczycieli

3. Wybieraj usługi do live'ów, które mają screen sharing, auto mute, dzielenie na pokoje do pracy grupowej i zabezpieczenia przed wejściem osób niepowołanych na spotkania.

4. Szkoło! Używaj jednej platformy dla wszystkich uczniów i nauczycieli, gdzie można wrzucać materiały i zadania oraz je oceniać i dawać informację zwrotną

5. Twórzmy w zespołach przedmiotowych grupy do komunikacji i wymiany narzędzi oraz materiałów do pracy online

6. Weź pod uwagę, że czasoprzestrzeń wirtualna działa inaczej niż rzeczywista. Czas w wirtualu płynie szybciej i praca jest bardziej męcząca. Dostosuj ilość i rodzaj zadań do wirtualnej czasoprzestrzeni.

7. Najlepszym rozwiązaniem dla uczniów jest blended learning z częścią zadań do zrobienia samodzielnie (zadane na platformie) przeplataną zajęciami live dla wyjaśnienia niedociągnięć i rozszerzenia wiedzy oraz polepszenia umiejętności mówienia.

8. Wykorzystaj narzędzia i nabyte kompetencje do prowadzenia zajęć online w innych kontekstach. Po ustaniu wirusa możemy wykorzystać live'y i platformy np. we współpracy z uczniami, którzy mają nauczanie indywidualne spowodowane problemami zdrowotnymi.

9. Spraw by zajęcia live służyły do omawiania nowych aspektów i do ćwiczeń angażujących od razu całą grupę, np. za pomocą narzędzi takich jak kahoot. 

10. Pracujmy zgodnie z mottem: We're in this together!

Gorąco zachęcam do dzielenia się swoimi obserwacjami, dobrymi praktykami i zastosowaniami wirtualnego nauczania dla dobra przyszłej edukacji! 





Zwinne nauczanie - edukacyjny lek przeciwwirusowy!



Houston, mamy problem


W którym momencie popełniliśmy błąd? Czy wtedy kiedy każdy nauczyciel trzy tygodnie temu miał swój pomysł na zdalne nauczanie i stworzył się chaos? Czy może wtedy kiedy uczniowie dostali mnóstwo zadań z wszystkich przedmiotów, łącznie z wychowaniem fizycznym, i byli tym wszystkim onieśmieleni? Czy może jeszcze wcześniej, kiedy, nieświadomi nadciągającej burzy, spokojnie płynęliśmy edukacyjnym żaglowcem przez meandry historii, biologii, chemii, fizyki, matematyki, języków obcych lub ojczystych? To musiało się tak skończyć. Żaglowiec w XXI wieku nie ma większych szans w starciu z rzeczywistością. 

Kompetencje? Ale o co chodzi?

W tym roku szkolnym dużo mówi się o kluczowych kompetencjach w nauczaniu. Jest to jeden z priorytetów w oświacie. Przypomnijmy sobie jakie kompetencje UE w zaleceniu z 2018 uznała za najważniejsze:

— kompetencje w zakresie rozumienia i tworzenia informacji, 

— kompetencje w zakresie wielojęzyczności, 

— kompetencje matematyczne oraz kompetencje w zakresie nauk przyrodniczych, technologii i inżynierii, 

— kompetencje cyfrowe, 

— kompetencje osobiste, społeczne i w zakresie umiejętności uczenia się, 

— kompetencje obywatelskie, 

— kompetencje w zakresie przedsiębiorczości, 

— kompetencje w zakresie świadomości i ekspresji kulturalnej.


Jak pokazały ostatnie tygodnie zarówno nauczyciele, jak i rodzice oraz uczniowie mają sporo do nadrobienia w zakresie kompetencji. Szczególnie istotną rolę w tym momencie odgrywają wytłuszczone przeze mnie trzy kompetencje: rozumienie i tworzenie informacji, kompetencje cyfrowe oraz osobiste, społeczne i w zakresie umiejętności uczenia się. 

Zwycięskiego składu się nie zmienia?


Kiedy rok szkolny toczył się normalnym trybem, nikt nie zwracał specjalnie uwagi na to by dzieci potrafiły się porozumiewać w ojczystym języku, obsłużyć coś więcej niż grę w telefonie, czy umiały wykonać coś i nauczyć się tego samodzielnie. Dziś widzimy skutki zaniedbań z przeszłości. W serwisie YouTube roi się od klipów pokazujących słabość naszego systemu edukacji. Widzimy uczniów przeklinających na lekcji online w obecności nauczycielki, widzimy lakoniczne polecenia nauczycieli do zadań dla małych dzieci, widzimy frustrację rodziców, dzieci, edukatorów i rosnące konflikty i wreszcie widzimy Ministerstwo Edukacji Narodowej desperacko próbujące załatać tę ogromną dziurę w systemie, oferując materiały online i zajęcia w telewizji, których jedynym celem wydaje się dyskredytacja zawodu nauczyciela.

Po prostu trzeba to powiedzieć


To moja wina! Muszę to powiedzieć jako nauczyciel! Nie przygotowałem wszystkich swoich uczniów na to co dzisiaj się dzieje. Być może inni nauczyciele, podobnie jak ja, czują się teraz niczym Mufasa próbujący ze wszystkich sił wydobyć się z wąwozu poprzez zrzucenie odpowiedzialności na Ministra, na dyrekcję, na rodziców, na niesamodzielność uczniów. Prawda jednak jest inna. Uczniowie nie potrafią się odnaleźć w nowej rzeczywistości, bo nikt ich do niej nie przygotował. 

The beacon of hope

Jest jednak promyk nadziei. W edukacyjnej ciemności, która nas ogarnęła, na końcu tunelu, jest światełko. W jednej z grup, które w tym roku mam przyjemność uczyć, wprowadziałem eduScrum. Jest to zwinne podejście do edukacji, które przenosi na uczniów odpowiedzialność za uczenie się. Kiedy zaczęliśmy scrumować uczniowie mieli wiele trudności z ogarnięciem pracy. Brakowało im pewnych... kompetencji. Jednak po kilku miesiącach nauczyli się czym jest praca w grupach, jak analizować złożone opisy projektów, jak przekształcać opis na zadania do wykonania, jak oceniać poziom trudności zadań, komu je przydzielić zgodnie z jego kompetencjami oraz jak monitorować postępy w pracy przy pomocy tablicy kanbanowej. Analizując które z moich grup będą w stanie sobie najlepiej poradzić z nową rzeczywistością, byłem pewien, że sukces osiągną dzieci z siódmej klasy, które potrafią scrumować. 

Dlaczego scrumuję tylko w jednej grupie? Powodów jest wiele, ale przede wszystkim dla mnie jest to również coś nowego i cały czas uczę się pracować scrumowo z uczniami. Poza tym, część moich podopiecznych odrzuciła pomysł  przeniesienia odpowiedzialności za uczenie się na nich. Więcej na ten temat możesz przeczytać na blogu

Czas działać!

Czy chciałbym rozszerzyć scrumowanie na inne grupy? Po ostatnich doświadczeniach, mówię z pełnym przekonaniem: Tak! Dla mnie eduScrum jest w tej chwili jedyną ścieżką rozwoju dla uczniów, która da im kompetencje potrzebne do zmagania się ze współczesnymi wyzwaniami. Czas przesiąść się z żaglowca do autonomicznego samolotu przyszłości, przyszłości, która czeka na nas już jutro. 



Szkoły bez podstawy programowej, szkoły rewolucyjne!



A gdyby tak.. pozbyć się podstawy programowej?


Staś wraca do domu ze szkoły. Mama pyta go jak spędził dzień. Staś opowiada co robił w szkole. Dziś był wielki dzień, ponieważ Staś mógł wreszcie połączyć w całość elementy, których się ostatnio uczył. Staś opublikował wpis na blogu o sposobach kontroli prywatnych wydatków. Wcześniej uczył się jak tworzyć blog, jak konstruować wpis na blogu oraz w jaki sposób spisywać wydatki i zabezpieczyć sobie płynność finansową. Czy chciałbyś/chciałabyś chodzić do szkoły, która uczy umiejętności potrzebnych w otaczającym nas świecie i w przyszłości? Wyobraź sobie, że w Twoim mieście każda szkoła podstawowa i każda szkoła średnia ma zupełną swobodę decydowania o tym czego uczyć, kiedy i w jakich ilościach. Każda szkoła komponuje swój zestaw treści do nauczenia, bez przymuszania uczniów do nauki tego co jest im niepotrzebne w danej chwili lub czego nie są w stanie jeszcze zrozumieć. Wyobraź sobie szkołę, gdzie co roku to uczeń w porozumieniu z rodzicami decyduje jakie kursy będzie realizować. A kiedy dziecko rozwinie nowe zainteresowania np. w szkole średniej, o których wcześniej się nie uczyło, żeby mogło wrócić do szkoły podstawowej w nowym roku szkolnym i odbyć dany kurs potrzebny mu teraz. 

Pełna elastyczność dla wszystkich!


Czy taka bajka jest możliwa do zrealizowania? Spróbujmy prześledzić co może się zadziać w szkole bez podstawy programowej. Gdybym miał możliwość pokierowania taką szkołą, chciałbym zacząć od zaprojektowania zestawu umiejętności i wiedzy potrzebnych do przetrwania w dzisiejszych czasach. W tym celu użyłbym podejścia zwinnego, np. Design Thinking, żeby iteracyjnie dojść do najlepszej kombinacji treści do nauczenia. Obecnie spora część z tego co jest zawarte w podstawach programowych jest bardzo przestarzała i nie przydaje się w aktualnej rzeczywistości. Zebranie potrzeb, zdefiniowanie co jest do wykonania, wybór metod osiągnięcia celu, konstrukcja prototypu, testowanie i poprawki to efektywny sposób na stworzenie możliwie najlepszej oferty dla uczniów. Uczenie się na błędach w edukacji dzieci może brzmieć kontrowersyjnie, ale w momencie kiedy nie mamy specjalnie innej formy weryfikacji skuteczności działania prototypu, jest to jedyne wyjście.

Dwa filary to podstawa!


Stworzenie zestawu umiejętności i wiedzy potrzebnego współczesnym dzieciom i nastolatkom to pierwszy filar. Drugim filarem jest wspomniane kształcenie ustawiczne. Niezależna konstrukcja kursów połączona z ich aktualizacją co kilka lat mogłaby stanowić wartość również dla ludzi dorosłych, jeśli mogliby skorzystać z takich samych kursów. Oznacza to możliwość zdobywania wiedzy w instytucji oświatowej przez całe życie. Oferta kursów w szkole dla lokalnej społeczności może mieć bezpośredni wpływ na rozwój okolicy. Pytanie brzmi: czy jest potrzeba takiego rozwoju? Mogę odpowiedzieć na to pytanie tylko ze swojej perspektywy i na podstawie tego co przeczytałem o sytuacji w USA.

Odkąd skończyłem szkołę miałem pewien niedosyt wiedzy w kwestii matematyki, informatyki oraz fizyki, które realizowałem na poziomie podstawowym. Jestem świadomy istnienia kursów różnego rodzaju, darmowych i płatnych w tych dziedzinach, ale jakoś nigdy nie zapisałem się na żaden z nich z powodu obaw o jakość oferowanych zajęć. Gdyby jednak wspomniane zajęcia były prowadzone przez wykwalifikowaną kadrę w godzinach po pracy być może chętniej bym się na nie zapisał. Moja mama z kolei chętnie zapisałaby się już teraz na jakiś kurs, ale nie chce narobić sobie wstydu np. uczestnicząc w Uniwersytecie Trzeciego Wieku, bez posiadania doświadczenia i wykształcenia wyższego. Chociaż nieraz jej tłumaczyłem o co w tym chodzi, to i tak nie jest w stanie zmienić swojego zdania. Co innego szkoła, która jest dla niej bardziej znanym środowiskiem

W USA z podobnymi pomysłami wychodzi coraz więcej uczelni wyższych. Ich oferta jest jednak skierowana głównie do absolwentów uczelni. W naszym przypadku adresatami oferty mogliby być wszyscy ludzie, którzy chodzili do szkoły. Oczywiście pozostaje kwestia finansowania zajęć dla dorosłych oraz uczęszczających do szkół wyższego stopnia. Rozwiązanie dla dzieci w wieku szkolnym jest proste. Skoro pieniądze idą za uczniem, wystarczy, że damy uczniowi możliwość bardziej swobodnego decydowania o dysponowaniu kwotą przeznaczoną na jego edukację. Oznacza to, że w nowej rzeczywistości moglibyśmy wybierać nie klasy, nie szkoły, a kursy. Konsekwencją takiego rozwiązania byłoby uczęszczanie przez uczniów do kilku szkół jednocześnie, tak by mogli najbardziej elastycznie dobrać swój indywidualny grafik zajęć. Logistyka takiego rozwiązania jest łatwa do zorganizowania przy pomocy odpowiedniego oprogramowania i decyzji, która szkoła byłaby szkołą - matką, odpowiedzialną za przyjmowanie, przechowywanie i wydawanie dokumentów uczniów. 

W kwestii osób dorosłych, konieczne byłoby pobieranie opłat, ponieważ nasz budżet państwowy nie byłby w stanie wesprzeć wszystkich w zakresie dokształcania się. Z drugiej strony, dzisiaj istnieje wiele programów wsparcia dla milionów Polaków, które można by przekierować na edukację. Inicjatywy rozwojowe pozwoliłyby na efektywniejsze spożytkowanie cennych środków z budżetu państwa. Niestety, nie zmienia to faktu, że wiedza i umiejętności kosztują, więc nawet przy dotowaniu zajęć dla dorosłych przez państwo potrzebne byłyby opłaty za kursy. Sama myśl, że ktoś ma możliwość dokształcić się w obszarach, których nigdy nie opanował jako dziecko, albo w zupełnie nowych, współczesnych aspektach, np. związanych z technologią, jest dla mnie fascynująca. 

Wyzwania, wyzwania..


Pozostaje jeszcze sprawa bezpieczeństwa uczniów w wieku szkolnym. W momencie, kiedy byłaby możliwość uczęszczania na zajęcia w różnych szkołach w ciągu dnia, transport i bezpieczeństwo stanowiłyby wyzwanie, szczególnie na niższych poziomach edukacji. Jednym z rozwiązań mogłoby być ograniczenie mobilności uczniów poprzez ograniczenie możliwości przebywania na zajęciach tylko w jednej szkole w ciągu danego dnia. Innym rozwiązaniem byłoby stworzenie sieci transportu publicznego dla uczniów do przemieszczania się między szkołami.

Czy proponowane rozwiązanie ma jakieś wady? Na pewno wzbudza szereg pytań i wątpliwości. Po pierwsze, w jaki sposób uczeń ma się przygotować do matury lub testu ósmoklasisty jeśli będzie brał tylko kursy odpowiadające jego zainteresowaniom? Po drugie, co jeśli uczeń zmieni ścieżkę życiową w trakcie nauki? Co z aspektem społecznym szkoły? Czy uczeń będzie czuł jakiś związek z miejscem i ludźmi jeśli będzie zmieniał je tak często? Czy taki system wprowadzi więcej wyboru, ale również więcej chaosu? Jak skoordynować oceny i postępy uczniów? Kto ma się tym zająć?... Pytania można mnożyć, chciałbym jednak zająć się kluczowymi kwestiami, zostawiając pozostałe na inną dyskusję.

Wybór i odpowiedzialność


Jeśli chodzi o egzaminy zewnętrzne, przygotowanie do matury czy testu ósmoklasisty jest priorytetem dla wielu ludzi, ale nie dla wszystkich. Są osoby, dla których matura jest stratą czasu i nie potrzebują one posiadać takiego zaświadczenia. Dla nich liczą się tylko umiejętności, które są w stanie pokazać na żywo. Z drugiej strony, jest duża grupa ludzi, dla których matura jest przepustką na studia i do wymarzonej pracy. Z reguły wiąże się to z profesjami zaufania publicznego. System, który proponuję po pierwsze daje możliwość wyboru ścieżki rozwoju ucznia, biorąc pod uwagę jego plany na przyszłość. Po drugie, ten system motywuje do podejmowania odpowiedzialnych decyzji i myślenia o swojej przyszłość, ponieważ jeśli ktoś chce być lekarzem, to bez matury z chemii czy biologii, będzie miał marne szanse na realizację swojego marzenia. Lecz bycie na przykład programistą nie wiąże się posiadaniem świadectwa z paskiem czy wysokich wyników na maturze, liczą się realne umiejętności.

Zmiana ścieżki życiowej w nowym systemie byłaby jeszcze łatwiejsza niż dzisiaj, ponieważ oprócz możliwości przystępowania do egzaminu maturalnego i poprawiania go po ukończeniu szkoły, doszłaby również opcja przygotowania się do egzaminów w szkole wyboru, gdzie moglibyśmy liczyć na solidną jakość usług. Z takim wsparciem, zmiana naszych kwalifikacji mogłaby stać się jeszcze łatwiejsza.

Perspektywa społeczna


Aspekt społeczny szkoły jest jednym z największych wyzwań dla nowego systemu, ponieważ uczniowie nie mogliby poczuć tak mocno przynależności do grupy szkolnej, jak ma to miejsce obecnie. Z drugiej strony, możliwość integracji z większą ilością ludzi daje nam szansę na bardziej rozwiniętą sieć znajomości w świecie rzeczywistym. Co więcej, uczniowie zostaliby uwolnieni od przymusu przebywania z osobami, których nie tolerują np. z powodu ich zachowania. Wiemy doskonale, że w obecnym systemie więzi, które dzieci zawierają między sobą nie są zawsze na takim samym poziomie. Znalezienie sobie przyjaciół jest niezależne od tego z kim przebywamy w ciągu dnia w szkole. A tych z was, którzy nie są przekonani co do mojej propozycji zachęcam do zaznajomienia się z systemem zajęć w różnych grupach międzyoddziałowych, który często funkcjonuje i sprawdza się w szkołach w USA.

Kto da uczniom świadectwa?


Kolejnym wyzwaniem jest ocenianie i wystawianie świadectw na podstawie ocen. Gdybyśmy stworzyli jednolity system dla wszystkich szkół objętych nowym podejściem, w którym nauczyciele zapisywaliby postępy uczniów, nie byłoby problemu z koordynacją ich wyników i ocen. Krajowy edziennik dałby możliwość zapisu na zajęcia oraz wystawiania ocen z przedmiotów zaliczonych przez daną osobę. Instytucją odpowiedzialną za wystawienie świadectw mogłoby być CKE oraz OKE, które mają doświadczenie w wystawianiu świadectw maturalnych na masową skalę.

Kultura... fizyczna głupcze!


Ostatnim ważnym aspektem, wcześniej pominiętym, jest wychowanie fizyczne, które dzisiaj często jest omijane przez uczniów szerokim łukiem. Dla mnie lekcje wf-u były bardzo niejednorodne, to znaczy, że np. lubiłem, kiedy graliśmy w sporty drużynowe i ćwiczyliśmy technikę gry oraz zagrania z danej dyscypliny, żeby być lepszymi w niej, ale nie cierpiałem biegania na dystans oraz różnych dziwnych ćwiczeń na drabinkach takich jak wymyk i odmyk. Wiadomo, że nie każdy ma takie podejście do kultury fizycznej jak ja, dlatego po raz kolejny jestem za daniem uczniom wyboru co chcieliby w danym roku lub semestrze trenować w ramach lekcji wf-u. Istotne jest, żeby uczniowie czerpali przyjemność z uprawiania sportu, tak by ich organizmy mogły rozwijać się prawidłowo.

Podsumowanie


Moja propozycja jest do pewnego stopnia rewolucyjna, ale biorąc pod uwagę możliwości techniczne oraz dzisiejsze trendy i potrzeby społeczeństwa, jest to również wykonalna wizja przyszłości edukacji. Zachęcam Cię do podzielenia się obserwacjami na temat mojej propozycji, a jeśli masz swoją wersję tego jak mógłby wyglądać nasz system edukacyjny, podziel się swoim pomysłem z innymi, bo warto dzielić się dla dobra naszych dzieci.