Jak osiągnąć sukces w nauce? 3 nazwiska: Shanker, Feynman i Rosenshine!


To dziecko nie chce się uczyć!


W dzisiejszej szkole bardzo często słychać opinie o braku umiejętności uczenia się przez dzieci i młodzież. Nauczyciele twierdzą, że uczniowie nie wiedzą czy się czegoś nauczyli, robią sobie intensywne, wielogodzinne sesje nauki do późnej nocy, które nie dają pożądanych efektów i nie potrafią skupić się na czynności uczenia przez ciągłe rozproszenie technologią. Rodzice też to widzą i chcąc pomóc swoim pociechom, decydują się zabrać im komórkę, tablet, komputer, lub przewód zasilający do komputera i czasami posuwają się do bardzo ekstremalnych rozwiązań takich jak zamknięcie ucznia w pustym pokoju  ze stołem, krzesłem i książką na sesję nauki w trybie "Nie wyjdziesz stąd, dopóki się nie nauczysz!" Jednak ani prośba, ani groźba nie wydają się dzisiaj być skutecznymi narzędziami nakłaniania uczniów do nauki. 


Jest problem, ale jak go rozwiązać?


Co możemy w tej sytuacji zrobić? Niestety, nie ma jednej nieomylnej i uniwersalnej metody działającej na wszystkich. Natomiast patrząc na wyniki badań naukowych w kwestii efektywności uczenia się można wyróżnić trzy aspekty, o których powinniśmy mówić w kontekście efektywnego podejścia do uczenia się: stworzenie odpowiednich warunków do nauki, technika Feynmana oraz zasady nauczania Baraka Rosenshine'a.


Po pierwsze - warunki do nauki


Pierwszą rzeczą jest stworzenie warunków, w których dziecko może uczyć się bez rozpraszania swojej uwagi. Oznacza to, że powinniśmy zadbać o wyeliminowanie wszelkich potencjalnych stresorów na poziomie biologicznym zgodnie z podejściem self-reg Stuarta Shankera. Zadbajmy o odpowiednie, jasne i ciepłe światło, które jednocześnie nie będzie spełniało funkcji lampy do opalania. Stwórzmy pokój z neutralnymi kolorami ścian, mogą one być białe, lub w jasnych pastelowych odcieniach kolorów. Intensywne barwy, wzory na ścianach, pozawieszane grafiki, obrazy, plakaty itp. mogą odciągać uwagę dziecka od nauki. 

Kolejną ważną kwestią jest stanowisko pracy. Często uczymy się w różnych pozycjach i miejscach, zależnie od przyzwyczajeń, pory dnia, lub nastroju. Dzieci mają tak samo i dlatego my jako ich opiekunowie powinniśmy zapewnić im odpowiednie warunki niezależnie od ich dyspozycji danego dnia. Tutaj dobrze jest zaangażować dziecko w wybór stopnia komfortu koniecznego do zaspokojenia jego potrzeb. Niektórzy wolą miękką kanapę i wielkie poduchy, inni preferują szerokie biurko i fotel lotniczy, jeszcze inni najlepiej uczą się na ziemi na pufach lub materacach. Dajmy dziecku to czego potrzebuje, ale zadbajmy o aspekty, o których nasza pociecha nie zawsze jest w stanie  pomyśleć, np. wybierzmy tkaninę do obicia kanapy zamiast skóry, ponieważ generuje mniej hałasu i jest bardziej przyjazna w dotyku, szczególnie gdy jest ciepło. Jeśli szukacie fotela, sprawdźcie jakie ma kółka, czy są gumowe czy plastikowe, czy ma pełną regulację i czy nie skrzypi gdzieś w trakcie siedzenia. Wasze zakupy nie muszą być super drogie i designerskie ale to co kupicie powinno być ergonomiczne, estetyczne, łatwe w utrzymaniu i najlepiej wybrane z udziałem dziecka.

Czego warto unikać? Przede wszystkim jaskrawych barw, zbyt dużej ilości mebli oraz niepotrzebnych generatorów hałasu. W tę ostatnią kategorię powinniśmy włączyć również wszelkiego rodzaju urządzenia audio-wizualne, takie jak głośniki, telewizory, słuchawki, a nawet, jeśli to możliwe, telefony, tablety i komputery.  Interaktywne urządzenia elektroniczne rozpraszają naszą uwagę. Ci z Was, którzy lubią się uczyć przy muzyce, lub mają dziecko lubiące uczyć się przy przyjaznych dźwiękach powinni zmienić swój pogląd na pozytywny związek muzyki i nauki, ponieważ istnieje naukowy dowód na to, że nasz mózg odczytuje wszystkie bodźce na jednakowej płaszczyźnie. To jest trochę jak z autami jadącymi autostradą. Kiedy ilość aut jest rozsądna, ruch odbywa się płynnie, ale kiedy jest ich za dużo, istnieje ryzyko utworzenia się zatoru. Oczywiście kiedy obok naszego auta przejedzie jakiś pięknie brzmiący i wyglądający bolid mclarena uatrakcyjni to w pewien sposób naszą podróż, ale przepływ aut nie ulegnie dzięki temu poprawie. Podobnie jest z bodźcami docierającymi do mózgu, im więcej ich jest, niezależnie od ich jakości, tym trudniej jest je przyswoić. Bodźce mogą być najróżniejsze i mogą pochodzić ze wszystkich zmysłów, dlatego zwróćmy uwagę czy nie ma żadnych wkurzających rozpraszaczy w przestrzeni do nauki naszego dziecka.


Po drugie - naucz dziecko sprawdzać ile już wie


Kiedy przestrzeń jest gotowa, nasza pociecha może w niej spokojnie się uczyć. Co jednak, jeśli swoje przygotowanie do sprawdzianu z chemii kończy po dwudziestu minutach? Czy białe ściany i miękka kanapa robią takie cuda z umiejętnościami uczenia się dzieci? Raczej jest to wątpliwe. Efekty takiego uczenia mogą być niezadowalające, a dziecko będzie zawiedzione, że cudowny pokój w ogóle się nie sprawdził w jego przypadku. Jak pomóc dziecku nauczyć się weryfikować stan wiedzy? Dla mnie jednym z najlepszych sposobów jest technika wymyślona przez Richarda Feynmana, bardzo znanego profesora, zwanego czasami Einsteinem drugiej połowy XX wieku. Technika Feynmana jest bardzo prosta, a pięknie ilustruje ją poniższy clip:



W skrócie technika Feynmana to cztery kroki do sukcesu:
  1. Wybierz temat do nauki i zapisz go na środku kartki
  2. Uprość maksymalnie język tematu, tak by był zrozumiały dla każdego człowieka i naucz się go na pamięć
  3. Spróbuj wytłumaczyć temat komuś, lub udawaj, że tłumaczysz komuś i zanotuj elementy, gdzie Twoja wiedza nie jest jeszcze utrwalona wystarczająco dobrze
  4. Wróć do tematu, naucz się tego czego nie umiałeś upraszczając jeszcze bardziej język tematu

Dla mnie jest to najlepszy sposób sprawdzenia wiedzy z każdego tematu. Poszczególne kroki powinny być powtarzane do uzyskania pożądanego poziomu wiedzy. Warto podkreślić, że technika Feynmana może być użyta do nauki praktycznie każdego rodzaju wiedzy i dzięki temu jest możliwa do zastosowania w bardzo szerokim zakresie.


Po trzecie - Barak Rosenshine!


Ostatnim elementem tworzącym trójnóg sukcesu w uczeniu się są zasady nauczania Baraka Rosenshine'a. Zestaw dobrych praktyk wypracowany przez Rosenshine'a został stworzony w oparciu o badania naukowe dotyczące tego jak się uczy mózg, jakie praktyki nauczycieli dają największe postępy wśród uczniów oraz jakie działania prowadzą do rozwinięcia strategii uczenia się u uczniów. Moja wiedza na temat zasad nauczania Rosenshine'a płynie wyłącznie z publikacji Evidence Institute Polska, ponieważ tylko ta organizacja zajmuje się aktywnym promowaniem w naszym kraju opartych o naukowe dowody efektywności praktyk w edukacji. Poniżej przedstawiam grafiki obrazujące zasady Rosenshine'a zaczerpnięte z publikacji Evidence Institute. Zamieszczam również link do całej publikacji, jeśli chcecie się dowiedzieć jeszcze więcej.















Powyższe zasady zostały opisane z perspektywy nauczyciela, ale dobrze byłoby gdyby uczniowie również byli świadomi jak działa proces zapamiętywania oraz co mogą zrobić, żeby efektywniej uczyć się samodzielnie w szkole oraz w domu.


Podsumowanie


Odpowiednie warunki, umiejętność sprawdzenia swojego stanu wiedzy i dobre praktyki wzmacniające proces uczenia się to solidne podstawy dające dzieciom w wieku szkolnym szansę nie tylko na poprawę swoich osiągnięć w testach, ale również wpływające na realny wzrost wiedzy w długoterminowej perspektywie. Edukacyjne serwisy często starają się pokazać techniki szybkiego zapamiętywania by lepiej wypaść w testach, ale nie pokazują jak trwale zapamiętać wiedzę, by móc z niej korzystać w przyszłości. Trójnóg, który proponuję, ma działanie zarówno w krótkiej jak i w długiej perspektywie. W edukacji rzadko kiedy zmiany zaczynają działać z dnia na dzień, więc należy uzbroić się w cierpliwość jeśli chodzi o efekty wysuniętych propozycji. Ale warto podjąć wyzwanie by potem móc cieszyć się długotrwałą wiedzą i umiejętnościami.

Moje dziecko ma mnie gdzieś, co robić?


Kiedy dziecko jest nie do ogarnięcia


- Kiedy Olek* wychodzi z nami do restauracji, przeżywamy prawdziwą katorgę. On nie potrafi zachować się w miejscu publicznym! Cały czas się wierci, odwraca się do innych, nie reaguje na nas. Zamiast jeść póki danie jest ciepłe, chodzi po restauracji i zaczepia inne osoby. To koszmar! A kiedy zwracamy mu grzecznie uwagę, albo totalnie nas ignoruje, albo odpowiada jakimś przemądrzałym tekstem. Im dłużej tam siedzimy tym gorzej. Czasami bywa tak, że musimy wyjść w połowie posiłku, bo nie możemy już znieść złowieszczych spojrzeń innych klientów restauracji. Nie wiemy już co robić! W domu jest trochę lepiej, ale to też zależy od dyspozycji dnia. Czy popełniliśmy gdzieś błąd jako rodzice? Mój mąż zarzuca mi, że byliśmy zbyt łagodni i dlatego Olek jest niewychowany. Coraz częściej widzę, że Adam* traci nad sobą kontrolę i krzyczy na Olka. Działa to na chwilę a potem jest powrót do normy. W miejscu publicznym boimy się krzyczeć na Olka, żeby nikt nas nie nagrał - to wypowiedź jednej z mam, z którą miałem okazję kiedyś rozmawiać w czasie zebrania z rodzicami. 

Takich historii możemy znaleźć co najmniej kilka w swoim życiu, a kiedy pracuje się w szkole, jest ich co najmniej kilkanaście w ciągu roku. Główną rolę odgrywają w nich dzieci, na które nikt nie ma sposobu. Dzieci, które nie słuchają pięknie ułożonych mądrości dorosłych, chociaż powinny, bo przecież to co mówimy do nich jest takie logiczne i oczywiste. Dzieci, które nie potrafią usiedzieć w miejscu, nawet kiedy chciałyby tego bardzo mocno. A z każdym rokiem jest z nimi gorzej, bo przyzwyczajają się do krzyku i zastraszania ze strony rodziców i rówieśników. Taka sytuacja staje się dla nich normą i mimo, że są w ciągłym stresie i strachu, nie pamiętają już jak to jest odczuwać spokój, więc nie wiedzą jak powrócić do tego stanu.

Jestem nauczycielem od ponad dziesięciu lat i miałem okazję pracować z wieloma osobami przejawiającymi podobne zachowania. Nikt nie był w stanie dać mi efektywnej metody pracy z takimi dziećmi. Niektórzy proponowali wprowadzenie ostrego rygoru, inni sugerowali ignorowanie problemu. Przerobiłem różne warianty, ale żaden z nich nie doprowadził do zmiany zachowania ucznia na lepsze. Miałem do czynienia z dziećmi z różnych środowisk, różnych płci i w różnym wieku, ale to co ich łączyło to sposób w jaki oddziaływali na rzeczywistość wokół siebie. Bardzo mocno rzucali się w oczy, byli głośni, nie potrafili słuchać ani poleceń, ani próśb, ani gróźb. Na dłuższą metę wszystkie typowe narzędzia przestawały działać.

Samoregulacja odpowiedzią na problemy?


Ostatnio, za sprawą mojej ukochanej żony, która zawsze jest dla mnie wzorem w kwestiach wychowawczych i związanych z relacjami międzyludzkimi, dowiedziałem się o samoregulacji (ang. self-regulation), podejściu do młodych ludzi stworzonym przez dra Stuarta Shankera z Kanady. Self-reg patrzy na dzieci z zupełnie innej perspektywy, ponieważ nie ocenia ich zachowania w kategoriach grzeczne/niegrzeczne. Według Shankera, zachowanie dzieci nie będące w zgodzie w ogólnie przyjętymi normami dla danej sytuacji, jest oznaką przeżywania jakiegoś rodzaju bolesnego doświadczenia, często spowodowanego stresem. Długotrwały i nasilający się stres może doprowadzić w naszym mózgu do wywołania reakcji podobnej do reakcji w przypadku nagłego zagrożenia. Kontrolę nad nami przejmują wtedy nasze instynkty (tzw. gadzi mózg), a procesy racjonalnego myślenia i efektywnej komunikacji zostają wyłączone, by zaoszczędzić energię na walkę z zagrożeniem lub ucieczkę. Dlatego nie jest możliwe dotarcie do dzieci, które zachowują się w naszej ocenie źle, za pomocą logicznych i racjonalnych argumentów. Jeśli taka stresująca sytuacja trwa odpowiednio długo, organizm dziecka może przejść w stan permanentnego pobudzenia, co będzie się wiązało z trudnościami z utrzymaniem uwagi i ciągłym zużywaniem energii na walkę lub ucieczkę. 

Czy jest możliwe przerwanie cyklu stres-reakcja walka/ucieczka? Tak, jest to możliwe, ale wymaga dużego wysiłku ze strony dorosłych. Self-reg wyróżnia pięć kroków do poprawy sytuacji:
  1. przeformułować zachowanie dziecka i nasze własne, czyli popatrzeć inaczej
  2. być jak detektyw stresu, czyli o rozpoznawaniu przyczyn zachowań
  3. zredukować stres
  4. zwiększyć samoświadomość
  5. zregenerować się i zbudować strategie pomagające funkcjonować optymalnie

Krok pierwszy - nowe spojrzenie


Wszystko zaczyna się od zmiany spojrzenia na zachowanie dziecka. Jeśli będziesz brać personalnie to co robi pociecha, nigdy nie zauważysz, że to zachowanie jest środkiem do wyrażenia uczuć, których dziecko nie jest w stanie zwerbalizować. Twoim zadaniem jest zdać sobie sprawę, że to co robi dziecko może być sygnałem, że coś jest nie tak. To jest punkt wyjścia, który prowadzi do następnego kroku, czyli identyfikacji przyczyn zachowań. Często związane są one z przeżywanym przez dziecko stresem, natomiast odnalezienie stresora odpowiedzialnego za daną reakcję dziecka może być bardzo trudne. Shanker sugeruje, by odwołać się do pięciu obszarów stresu: 
żródło: https://www.dzieci-i-pieniadze.com/co-decyduje-o-sukcesie-samokontrola-a-samoregulacja

Krok drugi - szukamy stresorów


Kolejność w jakiej szukamy stresorów jest istotna. Według Shankera warto zacząć od obszaru biologicznego, ponieważ bardzo dużo stresorów ma podłoże biologiczne i najłatwiej zauważyć ich oddziaływanie na organizm. Typowe objawy stresu na poziomie biologicznym to bóle brzucha, ogólne zmęczenie, nadmierna ruchliwość, lub nadwrażliwość na bodźce z zewnątrz, np. światło lub dźwięk. Kiedy widzisz takie objawy u dziecka, to znak, żeby poeksperymentować z możliwymi źródłami wpływającymi na reakcje organizmu, np. ból może być wywołany zbyt dużym hałasem w pomieszczeniu, w którym się znajduje dziecko, np. w restauracji, lub wystrojem pomieszczenia.

Na poziomie emocjonalnym, stresujące mogą być wszelkiego rodzaju intensywne doznania i doświadczenia. Kiedy dziecko przeżywa traumę z powodu utraty rodzica, może to manifestować swoim zachowaniem. Również brak jakiejkolwiek reakcji świadczy o przeżywaniu dużego stresu, jest to stan tzw. "zamrożenia" kiedy poziom stresu jest tak wysoki, że organizm dziecka wyłącza się kompletnie. Pamiętaj, że uczucie dużej radości może być również wyczerpujące dla pociechy i zbyt dużo tego rodzaju przeżyć też jest trudne do przetrawienia.

Stres na poziomie poznawczym manifestuje się w postaci trudności z nauką, lub skupieniem się. To z kolei przekłada się na niską motywację i samoocenę umiejętności. Często z powodu tego, że coś lub ktoś oddziałuje na dziecko w stresujący sposób, np. przez ciągłą krytykę jego postępowania, podkreślanie jego błędów, zwracanie uwagi na potknięcia, nasza pociecha może wpaść w spiralę niskiej samooceny i coraz większych trudności z uczeniem się nowych rzeczy. 

Jeśli chodzi o poziom społeczny, należy szukać tutaj wszelkiego rodzaju trudności związanych z nawiązywaniem i podtrzymywaniem relacji oraz komunikacją niewerbalną. Jeśli Twoje dziecko nie potrafi bawić się z innymi dziećmi bez robienia im krzywdy, bez płaczu lub ciągłych pretensji o zachowanie innych, być może oznacza to, że coś leży mu na sercu i nie wie jak sobie z tym poradzić. Przeanalizuj jak wyglądają relacje dziecka z każdym z bliskich, bo może drobna rzecz prowadzi do nieporozumienia generującego nieprzyjemne sytuacje. 

Ostatnim obszarem pomocnym w identyfikacji stresorów jest poziom prospołeczny, który wiąże się z wszystkimi zachowaniami i emocjami związanymi z tworzeniem małych i dużych społeczności. Kiedy dziecko ma trudności z graniem zespołowym, widzi tylko swoje potrzeby, ale nie rozumie potrzeb innych, nie rozumie dlaczego ktoś inny płacze lub się śmieje, może to być objawem przeżywania stresu. Oczywiście mówimy tutaj o sytuacjach gdzie mają miejsce silne przeżycia i duże emocje, ale dzieci mają również różny poziom odczuwania emocji, więc mogą być mniej lub bardziej wrażliwe na to co się dzieje wokół nich.

Krok trzeci - redukcja negatywnych wpływów


Identyfikacja stresorów z różnych obszarów jest istotna, ponieważ nie są one osobnymi silosami, a raczej połączoną siecią obszarów, której poszczególne elementy oddziałują na siebie wzajemnie. Dlatego szukając przyczyn stresu u dziecka, pamiętaj by przejść przez wszystkie pięć obszarów. Następnym krokiem jest redukcja stresorów. Dążymy tutaj do eliminacji czynników, które mogą generować niepotrzebny stres u dziecka. Jeśli uda nam się je usunąć, nasza pociecha ma szansę na wyjście z trybu walki lub ucieczki i prawdziwie się uspokoić. Nasza rola jako opiekunów dziecka polega na umożliwieniu im dotarcia do etapu uspokojenia, żeby dziecko mogło zauważyć co się z nim dzieje i co z tym zrobić. 

Krok czwarty - większa samoświadomość dzieci


Zwiększenie samoświadomości przeżywania określonego stanu emocjonalnego u dziecka jest kolejnym etapem. Dziecko, które jest w stanie zauważyć doświadczanie uczucia strachu, agresji, smutku, wszechogarniającej radości jest na najlepszej drodze do zrozumienia siebie oraz tego jaka potrzeba kryje się za tymi odczuciami. W momencie kiedy rodzic nie musi już prowadzić dziecka w identyfikacji tego co przeżywa, możemy mówić o pierwszym kroku do prawdziwej samoregulacji. Zdobycie umiejętności spojrzenia na samego siebie z perspektywy trzeciej osoby jest bardzo trudne i żadne dziecko nie jest w stanie osiągnąć tego własnym sumptem. Dlatego rola rodziców i opiekunów dziecka jest tak istotna w kontekście nauki identyfikacji uczuć i potrzeb. To od nas zależy jak szybko dziecko nauczy się rozróżniać co się z nim w danej chwili dzieje.  

Krok ostatni - regeneracja


Ostatnim etapem jest znalezienie sposobu na zregenerowanie sił po tym jak dziecko osiągnęło stan spokoju. Dlaczego jest to istotne? Sam spokój nie oznacza jeszcze powrotu do równowagi, ponieważ po mocnym emocjonalnym przeżyciu dziecko będzie czuło się wykończone. Dlatego potrzebujemy pokazać mu przykładowe sposoby na zregenerowanie się. Mogą to być różnego rodzaju przyjemne czynności, które lubicie robić razem, ale które nie wymagają dużo wysiłku lub koncentracji od dziecka. Ważne, żeby czynności, które proponujemy, dziecko mogło wykonać samodzielnie i najlepiej w dowolnym kontekście, po to by w razie emocjonalnego przeżycia nasza pociecha mogła skorzystać z niego do naładowania baterii po uspokojeniu się. 

Komunikacja jest kluczem


Przy użyciu self-reg bardzo istotnym elementem jest komunikacja. Dla mnie odpowiednią opcją jest komunikacja przy użyciu porozumienia bez przemocy (non-violent communication), ponieważ kreuje sytuację, w której nie dodajemy do rozmowy niepotrzebnych emocji a skupiamy się na potrzebach, które każda ze stron chciałaby zaspokoić. 

Wnioski


Czy self-reg jest lekiem na całe wychowawcze zło? Na pewno nie, ponieważ podejście proponowane przez autorów sel-reg na pewno nie przypadnie do gustu każdemu. Wymaga ono bardzo dużej zmiany wewnętrznej najpierw u opiekunów, potem u dzieci. Natomiast pięć kroków do odzyskania równowagi jest propozycją, która może przemówić do rodziców, nauczycieli i innych opiekunów dzieci, którzy najzwyczajniej w świecie nie mieli do tej pory świadomości jak kształtuje się dynamika rozwoju emocjonalnego zachowania u dzieci i co możemy zrobić by to zachowanie zmienić. Mogę spokojnie zaliczyć siebie do tej ostatniej grupy i przyznaję, że self-reg zmieniło moje postrzeganie jak zachowują się dzieci w szkole i poza nią. Chciałbym, żeby więcej osób mogło zacząć patrzeć na zachowania dzieci w odmienny sposób. Czekam również na Twój komentarz w tej sprawie!






* imię zostało zmienione



Tylko dyscyplina da Ci mądrą córkę i mądrego syna!

Polski nauczyciel wykazuje się brakiem entuzjazmu


Raport PISA w części poświęconej nauczycielom wskazuje na bardzo niski wskaźnik entuzjazmu nauczycieli w oczach uczniów w Polsce. Nasz kraj jest wymieniony jako jeden z dziewięciu krajów z najniższym wskaźnikiem w tym obszarze w OECD z wynikiem 59.1%. Co ciekawe, podobne wskaźniki prezentują Czechy i Słowacja, a pozostałe słowiańskie kraje nie są wcale wiele lepsze. Czy to oznacza, że odbiór entuzjazmu nauczycieli może być uwarunkowany kulturowo i nic nie poradzimy na to, że młodzi Słowianie gorzej postrzegają wysiłek nauczycieli włożony w ich edukację? Być może częściowo tak, ale równie dobrze może to być rezultat podobnej historii ewolucji systemów edukacji i metod pracy stosowanych we wspomnianych państwach. Podobny sposób myślenia o edukacji może determinować podobne rezultaty.

Ale dlaczego w ogóle entuzjazm w pracy nauczyciela jest istotny? Czy ma to jakiekolwiek znaczenie, jeśli nauczyciel wykonuje zadanie, które jest do wykonania, mimo że bez pozytywnej energii i uśmiechu na twarzy? Raport PISA twierdzi, że istnieje wyraźna korelacja pomiędzy wynikami uczniów oraz entuzjazmem nauczycieli i podaje na to dowody z badania. Według raportu, im większy entuzjazm nauczyciela, tym wyższe wyniki osiągają uczniowie. Wzrost indeksu entuzjazmu nauczyciela o jeden punkt przekłada się na na wzrost wyniku jego uczniów w czytaniu ze zrozumieniem o średnio siedem punktów. 

Sama pozytywna energia nie wykształci człowieka


Sam entuzjazm jednak nie wystarczy by osiągnąć sukces. Z jednej strony wzrost entuzjazmu nauczyciela wpływa do pewnego stopnia na zaangażowanie uczniów. Z drugiej strony, lubiany nauczyciel, który będzie za bardzo chciał przypodobać się uczniom, może doprowadzić do wzrostu chaotycznych zachowań w czasie zajęć. To z kolei może utrudnić mu pracę i obniżyć jego entuzjazm w dłuższej perspektywie, co według raportu będzie miało negatywne skutki dla efektywności procesu nauczania. Oznacza to, że potrzebujemy równowagi pomiędzy entuzjazmem nauczyciela i klimatem do nauki.



Edukacyjny yin i yang


W jaki sposób znaleźć równowagę w procesie nauczania? Autorzy raportu sugerują, że jednym z czynników pozytywnie wpływających na wyniki uczniów jest utrzymanie atmosfery dyscypliny. To co mamy rozumieć przez dyscyplinę to wzajemny szacunek i poszanowanie ustalonych zasad współpracy wypracowane przez dobrą atmosferę w grupie i pozytywne nastawienie nauczyciela. W Polsce według danych z badania panuje wysoka dyscyplina na lekcjach, ale entuzjazm nauczycieli jest oceniany nisko. W związku z tym, możemy się spodziewać, że dyscyplina jest osiągana w inny sposób, np. przy pomocy strachu lub bardzo bezpośredniego kontaktu nauczyciela z uczniami. Co to oznacza? Autorzy raportu sugerują, że niski entuzjazm nauczyciela i budowanie dyscypliny w oparciu o strach i wysokie wymagania przekłada się na niską motywację uczniów do realizacji zadań, więc powinno się unikać takich praktyk. 

Wspierać czy nie wspierać ucznia?


Kolejną sprawą jest poziom wsparcia jaki dostają uczniowie od nauczyciela. W badaniu 62% uczniów powiedziało, że nauczyciele interesują się postępami wszystkich uczniów i uczą do momentu kiedy uczniowie zrozumieją dany aspekt. Taki procent sugeruje, że jest bardzo duża grupa nauczycieli, którzy nie dbają o każdą osobę pod ich opieką. Czy jest to zła praktyka? To zależy od punktu widzenia. Dla poszczególnych jednostek brak wsparcia oznacza brak możliwości rozwoju. Niektórzy  uczniowie potrzebują osoby prowadzącej, która powie im krok po kroku co mają zrobić by osiągnęli sukces. Z drugiej strony, w szkołach gdzie wsparcie nauczycieli dla uczniów zostało ocenione wysoko, uczniowie uzyskali średnio 479 punktów z czytania. Natomiast w szkołach, gdzie wsparcie nauczycieli zostało ocenione nisko, uczniowie uzyskali z czytania średnio 491 punktów. 

Zaskakujące? Dla mnie na pewno, bo pokazuje ciekawą zależność. Nie chcę zabrzmieć zbyt dosadnie i jednostronnie, ale jest pewna szansa, że zbyt duże wsparcie nauczyciela, ciągłe prowadzenie ucznia za rękę, bez możliwości samodzielnego przećwiczenia zdobytej przez niego wiedzy daje niższe wyniki niż rzucenie ucznia na głęboką wodę bez wsparcia. Oczywiście nie możemy traktować tej obserwacji w trybie zero-jedynkowym. Wszystko zależy od o wiele większej liczby czynników psychologicznych, socjologicznych, ekonomicznych itd. Chciałbym tylko zwrócić uwagę, na to, że istotne w procesie nauczania jest wygospodarowanie czasu i miejsca na samodzielną praktykę umiejętności i wiedzy przez uczniów, bez pełnego wsparcia nauczyciela. To trochę jak z nauką jazdy na rowerze. Kiedy wiemy w teorii jak pedałować i skręcać, musimy w końcu pozbyć się bocznych kółek by zacząć jeździć bez ich pomocy. 

Entuzjazm polskiego nauczyciela niepotrzebny uczniom?


Jak to wszystko co napisałem do tej pory wpisuje się w kontekst wyników polskich uczniów w badaniu PISA? Wszyscy obwieścili wielki sukces naszego systemu edukacji, ponieważ jesteśmy w czołówce krajów w Europie i na świecie. Z drugiej strony, jeden z najważniejszych czynników wpływających na motywację i wyniki uczniów, entuzjazm nauczyciela, jest oceniany u nas bardzo nisko. Według tego, co mówią autorzy raportu, niski entuzjazm powinien prowadzić do niższych wyników, a jednak sytuacja wygląda inaczej. Czy to oznacza, że bardziej decydującym aspektem jest utrzymanie dyscypliny na lekcji, nawet jeśli osiąga się nią metodami uznanymi za nieprawidłowe w dzisiejszych czasach? Czy to jest klucz do sukcesu? Nie wiem, jestem nauczycielem, który przeczytał raport i dzieli się z Tobą swoimi obserwacjami. To jest moja interpretacja tego co jest tam napisane. Równie dobrze, moglibyśmy powiedzieć, że zgodnie z sugestią raportu PISA, gdybyśmy popracowali nad entuzjazmem naszych nauczycieli, uczniowie osiągnęliby wyniki dające pierwsze miejsce na świecie z każdej umiejętności, teraz jednak marnuje  się potencjał naszych uczniów. Czy to jest prawda? Nie mam pojęcia. 

Dyscyplina górą!... ale z domieszką pozytywnej energii


Natomiast twierdzę, że w poszukiwaniu idealnej równowagi pomiędzy pozytywną atmosferą na zajęciach a tworzeniem klimatu pozwalającego uczyć się wszystkim w grupie, należy położyć nacisk na utrzymanie dyscypliny na lekcji. Chaos generuje pozytywną energię, ale nie przekłada się na wzrost wiedzy u uczniów. Porządek daje poczucie bezpieczeństwa potrzebne w procesie uczenia się. Jak uzyskać dyscyplinę na lekcji pozostaje kwestią do ustalenia, ale nie musi to być zrobione w oparciu o wrzaski, strach i manipulację. Pedagog może pokazać siebie jako osobę z krwi i kości, która da się lubić. Ponadto, uczniowie potrzebują prowadzenia przez nauczyciela, ale im więcej będą mieli okazji do samodzielnego wykorzystania zdobytej wiedzy i umiejętności, tym większa szansa, że to czego nauczyli się w szkole zostanie z nimi na dłużej. Jeśli masz inne przemyślenia w tej sprawie, proszę podziel się nimi w komentarzach, gorąco zachęcam. 





Ocena jest informacją, nie nagrodą!




Czy oceny szkolne przydają się w dorosłym życiu?

Ostatnio rozmawiałem z moją żoną o naszych doświadczeniach szkolnych. Wspominaliśmy czasy ze wspólnego liceum. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że wszystkie wtedy drogocenne oceny, zdobyte sporym nakładem czasu i pracy, tak naprawdę nie przełożyły się w wymierny sposób na poprawę naszej sytuacji po skończeniu szkoły. Owszem, w trakcie nauki stanowiły one informację na temat naszych postępów, ale oprócz tego, po ukończeniu szkoły nikt nas nie pytał o oceny zdobyte z poszczególnych przedmiotów. Czy w związku z tym powinniśmy toczyć tak zacięte batalie o ich uzyskanie?

Stan obecny

I tak i nie, ponieważ z jednej strony po szkole nikt nie korzysta z informacji o uzyskanej przez nas ocenie końcowej z np. historii, nie wspominając o cząstkowych. Z drugiej strony, oceny końcowe są istotne przy rekrutacji do szkoły średniej, ponieważ uzyskuje się za nie punkty, nawet kilkanaście za każdą ocenę z przedmiotu branego pod uwagę w rekrutacji. Jest zatem o co walczyć, ale walka ta jest dla uczniów nierówna, ponieważ szkoły, nawet w obrębie jednego miasta, mają różne systemy oceniania, różne skale ocen cząstkowych wpływających na oceny końcowe i wreszcie różnych nauczycieli, wymagających od uczniów czasami nawet diametralnie różnego poziomu wiedzy. 

Kto kombinuje ten żyje..

Miałem pewną sytuację w pracy kilka lat temu, kiedy uczniowie obawiali się o swoje oceny końcowe i w połowie semestru ostatniej klasy gimnazjum kilku z nich zmieniło szkołę by mieć gwarancję uzyskania najwyższej oceny. U mnie, też uzyskaliby takie oceny na koniec, ale moje miejsce pracy ma opinię bardzo wymagającego i wspomniana grupka nie chciała ryzykować. Wiedzieli, że ich oceny cząstkowe są na poziomie oceny dostatecznej lub dobrej w najlepszym przypadku, a potrzebowali uzyskać wyższe oceny by dostać się do wymarzonych szkół. Przypomnę tylko, że w moim mieście ocena dostateczna z przedmiotu punktowanego dawała wtedy 7 punktów, a ocena dobra 14 punktów. Niestety, to co uczniowie zyskali na ocenach, stracili na egzaminach zewnętrznych, ponieważ ich nowi nauczyciele oraz potrzeba aklimatyzacji w nowej szkole negatywnie przyczyniły się do ich przygotowania do egzaminów. Niektórzy z nich opowiedzieli mi o tym po wszystkim, inni trwali przy słuszności swoich wyborów, mimo że nie zrealizowali swojego celu.

Dość nagród za oceny!

Czy w związku z tym, że zarówno oceny cząstkowe jak i końcowe są postrzegane i przyznawane w tak zróżnicowany sposób w poszczególnych szkołach, powinniśmy brać je pod uwagę w systemach rekrutacji? W dzisiejszej rzeczywistości jest to błędne podejście. Uczniowie oraz ich rodzice często przeżywają stany lękowe spowodowane ocenami w szkole. Ocena ma być tylko informacją czy uczeń opanował wiedzę i umiejętności z danego zakresu czy nie. Dawanie dodatkowych nagród za oceny jest nieuczciwe dla osób, które chociażby potrzebują więcej czasu na opanowanie materiału, mają problemy rodzinne uniemożliwiające im uczenie się w komfortowy sposób, czy chorują przewlekle i nie mogą być w szkole cały czas by uzyskać wyższe oceny.

Kiedy widzę osoby wkładające wiele wysiłku w osiągnięcie celu, ale bez widocznych rezultatów, mam poczucie bezsilności, ponieważ potrzebuję im pomóc, ale wiem, że często są oni w demotywującej spirali, która wciąga ich coraz głębiej, a z której tylko oni sami mogą się wygrzebać. W takich sytuacjach często pytam moich uczniów o to jak odbierają kolejne porażki mimo włożonego wysiłku. Uczniowie często mówią, że nie widzą sensu w wytężonej pracy, skoro nie widać jej efektów w postaci lepszych ocen. Co im wtedy mówię? Przede wszystkim, żeby spojrzeli na uzyskaną wiedzę z perspektywy całego życia, a nie semestru w szkole. Wiedza, którą zdobywają sami może okazać się przydatna w życiu. Po drugie buduję w nich świadomość, że na efekty pracy trzeba cierpliwie czekać, bo nie przychodzą one od razu. Gdyby tak było, nie musielibyśmy chodzi do szkoły kilkanaście lat. Zmiana perspektywy sporo daje zagubionemu uczniowi.

Oceny czas zmienić!

Mając w pamięci to co napisałem wcześniej, postuluję zmianę podejścia do ocen. Po pierwsze, powinniśmy pozbyć się kryterium punktów za oceny w systemie rekrutacji do szkół ponadpodstawowych. Ich obecność w rekrutacji przy rożnych systemach oceniania, charakterze szkół i czynniku ludzkim powoduje, że nie są wiarygodnym elementem przy ocenie wiedzy i umiejętności ucznia. Po drugie, powinniśmy przywrócić ocenie pierwotny charakter, czyli ocena ma być informacją o stopniu opanowania wiedzy i umiejętności z danego zakresu przez uczniów. Ocena nie ma być straszakiem, nie ma być zewnętrznym motywatorem zmuszającym dzieci do nauki. Ocena ma być tylko informacją. Czy w związku z tym, cyfrowa forma oceny jest adekwatna do dzisiejszych realiów? Czego uczeń dowie się o stopniu opanowania wiedzy i umiejętności z danego zakresu, kiedy na swoim sprawdzianie zobaczy cyfrę w skali 1-6 lub procent dobrych odpowiedzi? 

Uczniowie chcą wiedzieć, czy to co robią i sposób w jaki to robią są wystarczająco dobre, ale nie dowiedzą się tego z tak krótkiej informacji. Dlatego jestem fanem oceniania kształtującego jako nowoczesnej formy oceny ucznia. Czy to oznacza, że nauczyciel oceniając np. sprawdzian ma wystawić każdemu uczniowi czteroelementową informację zwrotną, poświęcając na to mnóstwo czasu? Na szczęście nie, ponieważ można to zrobić na różne sposoby, np. poprzez checklistę wiedzy i umiejętności z danego zakresu. Nauczyciel, zamiast liczyć liczbę punktów, procent z tego i wystawiać ocenę, zaznacza w kratkach czy uczeń opanował daną umiejętność czy wiedzę, ma jeszcze popracować, czy zupełnie nie wie o co chodzi. To rozbicie na konkretne elementy daje uczniom precyzyjną informację co jest jeszcze do zrobienia i w jakim stopniu. 

Jeśli jesteś fanem/fanką idei zniesienia ocen, muszę Cię zmartwić, ponieważ dla mnie ocena pracy jest istotna. Chciałbym jednak, żeby uczniowie wiedzieli również, że doceniam nie tylko ich wiedzę, ale też zaangażowanie, postawę, motywację i konsekwentne dążenie do celu. Te cechy są istotne w życiu szkolnym i pozaszkolnym i powinny być kształtowane oraz promowane przez wszystkich edukatorów. 

Co dalej?

Bądźmy na tyle odważni, by jeden z elementów generujących stres zmienić w informację o postępach. Potrzebujemy takiej zmiany w dzisiejszych czasach, bo mamy dosyć stresu i bez ocen w szkole. Jeśli masz inne zdanie w kwestii oceniania, zapraszam Cię do podzielenia się nim w komentarzu :-). Na koniec chciałbym powiedzieć, że temat oceniania kształtującego jest o wiele szerszy niż to co zasugerowałem powyżej. Dla chętnych do zaczerpnięcia wiedzy na ten temat, zamieszczam klip o strategiach i technikach w odniesieniu do oceniania kształtującego.

Uczeń nie musi mnie lubić, ale musi mnie szanować? - o budowaniu relacji




Przykład z najlepszych

Kiedy zaczynałem moją karierę zawodową, w czasie jednego z wyjazdów szkolnych rozmawiałem z nowo poznanym kolegą z pracy na temat podejścia do uczniów. Miałem wtedy duże problemy z dyscypliną w jednej z grup. Kiedy zapytałem go jak on sobie radzi z uczniami niereagującymi na prośby o uspokojenie się, odpowiedział mi, że on pracuje według zasady, że uczniowie nie muszą go lubić, ale muszą go szanować. Jak zyskiwał szacunek uczniów? Robił to przez skuteczne i regularne ich zastraszanie. Nie miałem wtedy innego pomysłu na opanowanie grupy, więc postanowiłem skorzystać z jego porady. Udało mi się zaprowadzić porządek, ale czułem się źle z tym, że muszę wywoływać strach, żeby uczniowie  skupili na mnie swoją uwagę. Nie po to zostałem nauczycielem, żeby zastraszać ludzi. Ponadto, okazało się, że metoda mojego kolegi z pracy miała krótkotrwały efekt i musiałaby być powtarzana bardzo często dla podtrzymania pożądanego stanu w klasie.


W poszukiwaniu swojej ścieżki

Postanowiłem wymyślić swój sposób na utrzymanie dyscypliny w klasie i sięgnąłem po kilka książek ekspertów w dziedzinie. Wnioski z lektury większości pozycji i po obejrzeniu kilku wykładów były dla mnie bardzo sprzeczne. Miałem wrażenie, że wiele propozycji pozytywnego podejścia do uczniów było opracowanych dla młodzieży z innej rzeczywistości szkolnej. U mnie w grupie pozytywne podejście spotkałoby się tylko z dziwnymi spojrzeniami uczniów i dalszym hałasem. Lecz to co zwróciło wtedy moją szczególną uwagę to opracowania o wpływie motywacji uczniów na zaangażowanie w lekcję, a w konsekwencji również na dyscyplinę w klasie. Był to mój pierwszy krok do opracowania dla młodzieży z klas wtedy gimnazjalnych, a dzisiaj 7-8 SP systemu utrzymania uwagi uczniów na lekcji bez stosowania strachu. Jeśli jednak oczekujesz, że teraz podam Ci gotowy przepis na opanowanie każdej grupy uczniów, muszę Cię rozczarować. Zestaw połączonych narzędzi, który stosuję w poszczególnych grupach na lekcjach zmienia się w zależności od charakteru, wieku grupy oraz od nastroju panującego w danym dniu. Każdy kto twierdzi, że ma uniwersalną metodę radzenia sobie z wszystkimi uczniami, albo nie ma świadomości że ich metody są krzywdzące dla uczniów, albo efektywność systemu którego używa jest bardzo zmienna. 


Kluczem jest relacja

To co mogę Ci z całą pewnością powiedzieć, to że oprócz pozytywnej motywacji uczniów kluczowym elementem jest nawiązanie przez nauczyciela relacji z grupą. Jest to jedna z najważniejszych rzeczy jakich nauczyłem się pracując w zawodzie nauczyciela. Dobra relacja nauczyciela z uczniami pozwala na lepsze przyswajanie wiedzy przez uczniów, bardziej komfortowe warunki pracy dla nauczyciela oraz możliwość przeprowadzania większej ilości innowacyjnych zadań, wzmagających dodatkowo motywację uczniów. W takim razie jak nawiązać dobrą relację z uczniami? To jest trudne pytanie, na które istnieje tyle odpowiedzi co ludzi na świecie. Dla mnie istotne jest kierowanie się takimi wartościami jak wzajemny szacunek, komunikacja bez oceniania oraz prawdziwe zainteresowanie drugim człowiekiem.


Budowanie szacunku u uczniów

Wzajemny szacunek kreuje się uczestnicząc wspólnie w wydarzeniach i sytuacjach. Kiedy ja zrobię coś dla uczniów, mimo że oni tego nie oczekiwali, zyskuję w ich oczach. Kiedy oni zrobią to samo dla mnie w innej sytuacji, również zyskują szacunek. Do tego staram się traktować moich uczniów najbardziej uczciwie jak umiem. Czasami oznacza to przyznanie się do błędu. Czy to rujnuje moją reputację? Wprost przeciwnie, oprócz tak samo wysokiego poziomu szacunku jestem również zwolniony z obowiązku kreowania  swojego wizerunku nieomylnej wyroczni. Najtrudniej jest wypracować szacunek u małych dzieciaczków, które wyraźnie widzą ich pozytywne działania, ale mają problem z identyfikacją tego co robi dla nich nauczyciel. Czasami warto im po prostu zakomunikować jaką wartość mają działania podjęte przez nauczyciela, ale bez przesadnego przechwalania się czy oczekiwania wdzięczności. Ważnym elementem budowania szacunku jest konsekwencja w postępowaniu. Jeśli uczeń zrobi coś sprzecznego z zasadami, musi ponieść tego konsekwencje. Bycie dobrym wujkiem lub dobrą ciocią może być dobre na krótką metę, ale w dłuższej perspektywie nie pozwoli to na zbudowanie kapitału w postaci respektu. 

Ty, jako nauczyciel, również musisz pamiętać, by konstruować komunikaty w zgodzie z ustalonymi wcześniej zasadami. Jeśli uczeń zrobi coś niezgodnego z zasadami nie możesz straszyć go słowami "bo Ci wpiszę naganę!" i tego nie zrobić. Nagana za małe przewinienie nie może być wpisana i w związku z tym nie ma sensu straszenia nią ucznia. To samo odnosi się do odliczania. "Liczę do trzech!" to często spotykana technika, działająca krótko, szczególnie gdy po trzech nie następuje konkretne działanie. Lepszy efekt osiągniesz wyciągając konsekwencje możliwe do zrealizowania. Tak samo możesz postąpić w drugą stronę. Pozytywne wsparcie powinno być wykonalne i odczuwalne dla ucznia. Pamiętaj również by chwalić postawę, zaangażowanie, a nie rezultaty. Proces osiągania celu liczy się bardziej niż sam wynik. 


Dobre gadanie

Następny aspekt, komunikacja bez oceniania, jest umiejętnością wymagającą nieustannego ćwiczenia. Do mnie przemawia najbardziej komunikacja w stylu NVC (Non-Violent Communication). Zawiera ona czteroelementowy komunikat: obserwacja, emocje, potrzeby, prośba. Czy zawsze go stosuję? Chciałbym powiedzieć, że tak, ale nadal potrzebuję pracować nad sobą w tej kwestii. Zdarzają się sytuacje kiedy moje umiejętności NVC giną, ponieważ rozmowa przebiega w bardzo żwawym tempie i nie jestem w stanie na tyle szybko formułować komunikatów, by były w pełni zgodne z zasadami. Za to zawsze z tyłu głowy mam lekcję od Alexa Barszczewskiego: nasze dzielenie się opiniami zaczyna się od potrzeby usłyszenia przez drugą stronę co mamy do powiedzenia. Jeśli Twój rozmówca nie wykaże wyraźnej chęci usłyszenia co masz do powiedzenia, pomimo Twojego pytania o to czy chciałby usłyszeć Twoją opinię na dany temat, masz obowiązek uszanować jego wolę. Z moich obserwacji w tej kwestii wynika, że w dziewięćdziesięciu procentach przypadków ludzie nie są zainteresowani naszym zdaniem lub poradą. Szukają raczej potwierdzenia słuszności ich punktu widzenia. W konsewencji, niezrozumienie intencji naszego rozmówcy może prowadzić do zrodzenia się konfliktu.


Zaopiekuj się mną..

Z komunikacją w stylu NVC łączy się ostatni element, który chciałbym Tobie przedstawić, czyli prawdziwe zainteresowanie drugim człowiekiem. Ponieważ w naszym szybko pędzącym świecie rozmowy, które prowadzimy są często krótkie i nie dotykają sedna sprawy ukrytego w głębszych warstwa świadomości rozmówcy. NVC skłania rozmówców do przejścia na dalsze poziomy zrozumienia, włączając do gry wzajemne uczucia oraz potrzeby. Często to co czujemy i czego potrzebujemy jest w nas niewyartykułowane, w związku z czym, pozostaje poza naszą świadomością. NVC pomaga nam dotrzeć do prawdziwych przyczyn, motywacji i celów działania.

Jeśli jednak nie czujesz NVC, może lepszym rozwiązaniem będzie dla Ciebie podejście coachingowe. Tam również można wykorzystać narzędzia do prowadzenia pogłębionej rozmowy. Dla mnie nieważne jest z jakiego narzędzia korzystasz, istotne jest, żeby zdobyć jedną kluczowych kompetencji dla nauczyciela. Bez pogłębionej rozmowy i dotarcia do prawdziwych motywacji stojących za decyzjami drugiej osoby nigdy nie będziesz mieć szansy na jej zrozumienie i akceptację, czyli cechy potrzebne do nawiązania kontaktu z człowiekiem. 

Co więcej, powierzchowne rozmowy często prowadzą do wykreowania się zafałszowanego wizerunku rzeczywistości. Widać to u rodziców, którzy nie są w stanie uwierzyć, że ich ukochane aniołki mogą mieć ciemniejszą stronę charakteru, którą pokazują tylko poza domem. Podejrzewam, że ten swoisty dualizm charakteru wynika często z braku pogłębionej rozmowy. Dzieci zgadzają się na wszystko co powiedzą rodzice, bo tego się oczekuje od dzieci. Nawet jeśli cierpią na tym ich uczucia i przekonania. Pamiętaj, że skumulowane cierpienie, złość i frustracja muszą znaleźć gdzieś ujście w zablokowanym organizmie. Jako rezultat, często widzimy manifestację całego wachlarza uczuć w postaci zachowań niezgodnych z normami społecznymi. Wszyscy się dziwią dlaczego dziecko tak się zachowuje, ale nikt nie jest w stanie zobaczyć winy u siebie, szczególnie jeśli jest opiekunem, któremu zawsze na sercu leży dobro ich pociechy.


Podsumowanie

Nawiązywanie relacji z uczniem jest złożonym i wymagającym procesem, który dla mnie do pewnego stopnia nadal stanowi tajemnicę. Sporo rzeczy wiem, cały czas się dokształcam, ale nadal jest miejsce na poprawę. Jeśli jednak część z tematów, o których tutaj wspomniałem jest dla Ciebie nowa, to znak, że najwyższa pora zaktualizować swój zasób wiedzy oraz zestaw kompetencji, tak by dostosować je do potrzeb współczesnych dzieci i młodzieży. Zachęcam do zostawiania komentarzy w tej sprawie i do następnego wpisu! A dla zaciekawionych tematem NVC polecam krótką animację obrazującą czym jest Non-Violent Communication.









Egzaminy zewnętrzne zapraszamy na zewnątrz!


Po co nam egzaminy zewnętrzne?

"Bo to będzie na egzaminie!" - uniwersalna odpowiedź na pytanie po co uczniowie mają się uczyć danej rzeczy. Słyszeliśmy to jako uczniowie, słyszymy jako rodzice i niestety nadal zbyt często mówimy to jako nauczyciele. Dlaczego egzaminy zewnętrzne są tak ważnym elementem naszego systemu edukacji? 

Pierwszą odpowiedzią jaka mi się nasuwa jest to, że pozwalają uczniom mieć równe szanse w dostępie do edukacji na poziomie szkoły średniej i na poziomie studiów. Taki sam egzamin w całym kraju daje możliwość wyrównania szans, bo niezależnie od tego do jakiej szkoły się chodziło i kogo się zna, egzamin jest obiektywnym sprawdzianem wiedzy i umiejętności dla wszystkich uczniów. Po drugie, egzaminy zewnętrzne są jednym z głównych narzędzi analizy efektywności systemu edukacji. One pokazują, które szkoły wypełniają swoje zadanie najlepiej i dają uczniom wiedzę oraz umiejętności uprawniające do wstępu do kolejnych najlepszych szkół i uniwersytetów.

Ale czy na pewno tak jest? 


Głos nauczycieli

Tyle jeśli chodzi o teorię, bo praktyka pokazuje inny obraz rzeczywistości. Fakt, że egzaminy zewnętrzne są tak istotnym elementem przy rekrutacji do szkoły średniej i na studia generuje całą masę niepożądanych zachowań. Z punktu widzenia nauczycieli, odczuwalna jest silna presja na "zrobienie wyniku" czyli takie przygotowanie uczniów, które pozwoli im uzyskać możliwie najwyższe rezultaty przy zachowaniu zgodności z procedurami egzaminacyjnymi. Nauczyciele słyszą często od dyrektorów, że od wyniku egzaminów zależy przyszłość nie tylko uczniów, ale również szkoły i jeśli nie będzie wysokich wyników to będą konsekwencje. Czasami przeradza się to w tak absurdalne sytuacje jak karanie nauczyciela za to, że jego uczniowie skupieni na byciu nastolatkami uzyskali z egzaminu wynik "zaledwie" kilkanaście punktów procentowych wyższy od średniej krajowej. Oczywiście kary nie są formalne, ale nauczyciel może przestać mieć zajęcia w tej samej sali, nie dostać nowego komputera, mimo że dookoła wszyscy mają wymieniane sprzęty. Ponadto, nauczyciel może mieć zmianę klas, które uczy, co zmusza go do dodatkowej pracy przy ustalaniu zasad współpracy, docieraniu się z grupą. 

Te zabiegi motywują nauczyciela do pogłębionej analizy arkusza egzaminacyjnego, żeby wymyślić techniczne chwyty na poprawę rezultatów. W konsekwencji, zamiast uczyć dzieci ważnych w życiu umiejętności oraz wiedzy, nauczyciel skupia się na strategiach rozwiązywania zadań testowych i wymyślaniu co najczęściej jest na egzaminie i na czym warto się skupić, żeby uczniowie lepiej ów egzamin napisali. Czy nauczyciel czuje się winny? Tak, bo przecież to co musi robić to nie edukacja a szkolenia z pisania egzaminów. Niestety, przez to, że nauczyciele tkwią od ponad dwudziestu lat w takim stanie rzeczy, coraz więcej z nich ocenia swoją pracę bardzo dobrze tylko na podstawie uzyskanych wyników z egzaminów zewnętrznych. To znak, że system zmienia człowieka i nawet jeśli chciałby się on zbuntować przeciwko niemu to nie może, bo za rogiem czyhają negatywne konsekwencje.


Co sądzą uczniowie?

Z punktu widzenia ucznia, egzaminy zewnętrzne są źródłem ogromnej presji. Matura jest jeszcze do przeżycia, bo można ją poprawić przez pięć lat po zdaniu, ale test ósmoklasisty to jedna szansa na sukces, lub porażkę. Warunkiem dostania się do wymarzonej szkoły średniej jest uzyskanie wysokiego wyniku z egzaminów. O dobrym wyników marzy nie tylko uczeń, ale również jego rodzice, dziadkowie, nauczyciele, dyrektor i cała szkoła. Sporo zainteresowanych, ale to na uczniu spoczywa obowiązek wykonania zadania. Jak ma dobrze wypełnić misję, kiedy z każdej strony cały czas słyszy pytania o to czy się uczy, czego już się nauczył i dlaczego się nie uczy. Nikt nie interesuje się jego życiem i tym co przeżywa. Wszystkim zależy na dobrym wyniku i uważają, że przez ciągłą kontrolę i zadawanie niewygodnych pytań pomogą dziecku osiągnąć cel. 

Taki rodzaj stresu może być trudny do wytrzymania dla najodporniejszych jednostek nie wspominając o bardziej wrażliwych osobach. Jakie są konsekwencje opisanej sytuacji? Uczeń może się spiąć, wytrzymać ciśnienie, nauczyć się mimo przeciwności i zrobić swoje czyli napisać dobrze egzamin. Ale równie dobrze może się zablokować pod wpływem ciężaru spoczywającego na nim, co będzie się manifestowało brakiem zainteresowania nauką, lub nawet uczęszczaniem do szkoły. Uczniowie mogą buntować się przeciw szkole i rodzicom generując konflikty, a w konsekwencji, nie wykonując ani poleceń ani próśb ani gróźb opiekunów. Brzmi znajomo? Każdy z nas może podać przykłady takich sytuacji ze swojego życia lub z życia kogoś z otoczenia. Nikt jednak nie pyta co za tym stoi co doprowadziło młodego człowieka do podejmowania tych pozornie nieracjonalnych decyzji, które tak naprawdę są nieświadomym wołaniem o pomoc.


Najbardziej zestresowani rodzice

Z perspektywy rodziców, rok szkolny w którym ich dziecko podchodzi do egzaminów zewnętrznych jest często bardzo stresującym czasem. Jak to? Przecież rodzice nie podchodzą do egzaminów, więc po co się przejmują? - mógłby ktoś pomyśleć. Rzeczywistość jest często taka, że stres dzieci udziela się wszystkim członkom rodziny. Opiekunowie widząc, że dziecko źle znosi nadmiar obowiązków, próbują mu pomóc. Robią co mogą, by ich pociecha przygotowała się do egzaminu, którego wynik pozwoli jej w przyszłości prowadzić życie na jakie zasługuje, czyli najlepsze jakie można sobie wyobrazić. Możemy zidentyfikować cały wachlarz działań podejmowanych przez rodziców od bardzo surowych metod takich jak zamykanie dziecka w pokoju bez multimediów, żeby się uczyło przez kilka godzin, poprzez ciągłą kontrolę postępów dziecka, aż po uruchomienie wszelkich znajomości mogących przyczynić się do lepszego przygotowania dziecka do egzaminów. 

Problem w tym, że bardzo rzadko wśród wachlarza działań występuje pogłębiona rozmowa z dzieckiem o tym, czego potrzebuje, co je boli i czym się martwi. Kilka krótkich pytań rodziców i jeszcze krótszych odpowiedzi dziecka nie kwalifikuje się jako rozmowa. Często bywa tak, że ambicje rodziców tak mocno wpływają na dziecko, że ono, nie chcąc zawieść najbliższych, pogrąża się w wizjach konsekwencji swojej porażki i w rezultacie blokuje się. To prowadzi do jeszcze większych zmartwień rodziców, kolejnych działań i rosnącej frustracji w całym domu.


Czym dla szkoły są egzaminy?

Szkoła, jako instytucja, traktuje egzaminy zewnętrzne jako wyznacznik efektywności oraz, jeśli wyniki szkoły są dobre, kartę przetargową w rozmowach z organem prowadzącym na temat dodatkowego finansowania. I tak naprawdę o tę kwestię wszystko się rozbija. Pieniądze idące za dobrymi wynikami prowadzą do wynaturzenia całego systemu po to by uczniowie mogli mieć więcej godzin przedmiotów wiodących w szkole i mogli lepiej się przygotować do egzaminów i życia. Rezultat jest odwrotny do zamierzonego, bo po osiągnięciu określonego pułapu uczniowie przygotowują się co najwyżej na podobnym poziomie co roku, a czasami gorzej. 

Indywidualne placówki mają ograniczone pole manewru, ponieważ nieuleganie presji na wyniki może oznaczać dla nich mniej godzin z kluczowych przedmiotów oraz w konsekwencji gorszy i mniejszy nabór, ponieważ najlepsi uczniowie z reguły szukają szkół oferujących jak najwięcej wszystkiego. Pomijając to, że jest to chybiona strategia ze strony uczniów, która powinna być zastąpiona innym myśleniem o edukacji najlepsi uczniowie zasługują na warunki odpowiadające ich pracowitości. Niestety, mało jest innych równie wymiernych wskaźników, mogących posłużyć za argumenty w rozmowach z organem prowadzącym o przyszłości szkoły. 


Radykalne zmiany!

Skoro egzaminy zewnętrzne są źródłem wielu problemów dla głównych interesariuszy szkoły, to może zamiast próbować na siłę dostosować ucznia do systemu, powinniśmy postąpić odwrotnie i tym razem dostosować system do ucznia? Moja propozycja jest radykalna i brzmi:Zlikwidujmy ogólnokrajowe egzaminy zewnętrzne! 

Na pewno u części z was w tym momencie odzywa się czerwona syrena krzycząca: To bez sensu! Przecież na podstawie egzaminów dokonuje się rekrutacji do szkół i na studia, bez nich popadniemy w totalny chaos! Poza tym, jeśli zrezygnujemy z egzaminów, to tylko przerzucimy w ten sposób  na szkoły i uczelnie odpowiedzialność za przeprowadzanie egzaminów wstępnych jak to miało miejsce kiedyś. Będziemy mieli do czynienia z kumoterstwem, korupcją i szarą strefą korepetycji przygotowujących do egzaminu. 

Argumenty powyżej są jak najbardziej trafne i Ci z nas którzy nie pamiętają dawnych czasów, powinni wiedzieć, że kiedyś im bardziej prestiżowy był kierunek studiów tym większe było prawdopodobieństwo wystąpienia wcześniej wymienionych zjawisk. Natomiast nasuwa mi się pytanie czy dzisiaj rzeczywiście mamy tak szczelny system, że nie można się dostać tylnymi drzwiami do pożądanej placówki edukacyjnej jeśli ma się znajomości? Myślę, że każdy z nas może odpowiedzieć sobie indywidualnie na to pytanie, biorąc pod uwagę doświadczenia swoje oraz znajomych, przyjaciół i rodziny. Ponadto, prestiżowe szkoły i uczelnie wymagają więcej od kandydatów, bo wyniki egzaminów są zbyt spłaszczone, żeby stanowić jedyną podstawę w procesie rekrutacyjnym. Dlatego uczniowie zdobywają punkty za wolontariat, sport, konkursy wiedzy, aktywność społeczną w samorządzie i innych organizacjach. Na uczelniach wyższych na międzynarodowe specjalizacje są dodatkowe wypracowania do napisania, lub egzaminy z wiedzy o tematyce studiów, np. z wiedzy o prawie. Czy w związku z tym, rzeczywiście kluczowym elementem systemów rekrutacji powinien pozostać krajowy egzamin dla wszystkich uczniów?


Do szeregu równaj!

źródło: https://tinyurl.com/rv4rhmm

Równanie wszystkich do jednego poziomu jest w sprzeczności z ideą indywidualizacji procesu edukacyjnego. Większość szkół, zarówno ogólnokształcących jak i zawodowych, ma swoją specyfikę i specjalizację. Dzięki dostosowaniu testu rekrutacyjnego do specyfiki danej szkoły, istniałaby możliwość lepszego dopasowania szkoły dla ucznia biorąc pod uwagę jego umiejętności i wiedzę, bez konieczności pisania jednego testu decydującego o wszystkim. W przypadku przejścia ze szkoły podstawowej do średniej, z wykorzystaniem systemu takiego jak np. Nabór moglibyśmy stworzyć bazę testów wstępnych do każdej szkoły średniej  które uczniowie pisaliby w szkołach macierzystych według harmonogramu.  I tak wszyscy chętni do uczęszczania do LO X pisaliby test jednego dnia o tej samej godzinie, a wszyscy chętni do uczęszczania do Technikum Y pisaliby test innego dnia o tej samej godzinie. Ze względów organizacyjnych, najlepiej gdyby testy były pisane online i automatycznie sprawdzane. To oznacza konieczność zakupu odpowiedniej ilości komputerów/tabletów ale i tak zmierzamy w tym kierunku, więc prędzej czy później posiadanie komputerów w większej ilości będzie standardem w każdej szkole. 

Jeśli chodzi o uczelnie wyższe, tutaj potrzebny byłby system egzaminów wstępnych tworzonych przez uczelnie wyższe w Polsce oraz egzamin honorowany przez uczelnie zagraniczne, dostosowany do specyfiki uczelni, np. humanistyczny, ścisły, lub inny stworzony zgodnie z wymogami uczelni zagranicznych. Taki egzamin działałby jak certyfikat potwierdzający znajomość języka, czyli stanowiłby dowód posiadania kompetencji bez konieczności uczenia się bardzo dużej ilości niepotrzebnych treści z przedmiotów innych niż wiodące. 


Wątpliwości..

Zdaję sobie sprawę, że na pierwszy rzut oka moja propozycja wygląda jak zamiana jednego egzaminu na kilkadziesiąt egzaminów. Ale tak naprawdę decentralizacja egzaminów doprowadzi do przerzucenia ciężaru z nauki do testu ósmoklasisty lub matury, na treści i umiejętności bardziej uniwersalne i przydatne w życiu, bez których nie da się rozwiązać żadnego problemu. Oprócz tego, zyskując kilka szans na napisanie testu wstępnego do szkół i uczelni wyboru, uczniowie po pierwsze dostają poczucie bezpieczeństwa bo mają kilka szans na sukces. Po drugie, mogą skupić się na kwestiach naprawdę im przydatnych, eliminując elementy mniej istotne w szkole lub uczelni wyższej ich wyboru. 


Zalety nowego rozwiązania

Z perspektywy szkół powinniśmy pamiętać, że komisje rekrutacyjne tych instytucji chciałyby mieć jakieś potwierdzenie twardych umiejętności uczniów, pokazujące predyspozycje do uczęszczania do danej szkoły. Natomiast forma testu mogłaby być bardziej dostosowana do specyfiki danej szkoły. To oznacza, że w teście do technikum samochodowego mogłoby pojawić się więcej pytań z zakresu termodynamiki, elektryczności, niż z astronomii, a w teście do LO znanego z dobrego biol-chemu przygotowującego do studiów medycznych byłoby być więcej pytań o anatomię człowieka, a mniej skrzypy i widłaki. 

Kolejną zaletą decentralizacji egzaminów byłby większy spokój rodziców, których pociechy nie musiałyby stawiać wszystkiego na jedną kartę w ósmej klasie szkoły podstawowej. Teraz młodzi ludzie kończąc podstawówkę nie są nawet wystarczająco dorośli, żeby pójść do pracy, a już mają wziąć na swoje barki wizję całej swojej przyszłości. Dla rodziców moja propozycja mogłaby dać poczucie ulgi oraz dać szansę na wykorzystanie rozłożonego w czasie procesu rekrutacyjnego do wsparcia dziecka. Kiedy dziecko startuje do pięciu szkół,  dostaje pięć szans na zakwalifikowanie się do szkół w których widzi siebie jako ucznia. To lepsze rozwiązanie niż, jeden egzamin, nawet jeśli jest rozłożony na trzy dni pisania.


Nobody's perfect

Czy opisane rozwiązanie jest perfekcyjne? Pewnie nie, ponieważ nie biorę pod uwagę wielu czynników, ze względu na brak świadomości ich istnienia, lub ograniczone miejsce na wpis blogowy. Wiem jednak, że jeśli chcemy mieć nadzieję na jakąkolwiek pozytywną zmianę w naszym systemie edukacji, to warto zacząć od najbardziej stresogennego czynnika dla wszystkich będących w systemie edukacji, mianowicie od egzaminów zewnętrznych. Wszelkie nowe wizje edukacyjne takie jak zwinna edukacja, praca metodami projektowymi, korzystanie z autentycznych materiałów, omawianie kazusów, tworzenie oryginalnych przydatnych w praktyce treści, nauka umiejętności miękkich, czy dbanie o relacje i dobrą komunikację będą tylko wyjątkowymi przypadkami dopóki nie zniesiemy powodu, dla którego nasz system edukacyjny jest tak skostniały i nie dopuszcza żadnych powiewów edukacyjnej świeżości. Zgadzam się, że jest to ruch pod prąd nawet na skalę globalną, ale taki ruch jest potrzebny w polskiej edukacji, żebyśmy dali dyrektorom, nauczycielom oraz uczniom szansę na prawidłowy rozwój w nowocześnie zorganizowanej szkole.



szkoła prawdziwie minimalna - prywatna wizja przyszłości


Przeciętność receptą na sukces

Jack Ma, właściciel serwisu Alibaba.com zapytany co powiedział swojemu synowi na temat edukacji, odparł, że dla niego nie jest ważne, żeby jego syn był w pierwszej trójce uczniów w klasie. Jeśli będzie w środku stawki i utrzyma średnie oceny, będzie miał większe szanse na sukces, bo będzie miał więcej czasu na naukę innych umiejętności przydatnych w życiu, np. umiejętności miękkich. Kiedy pierwszy raz przeczytałem o tym gdzieś w Internecie zdziwiłem się podejściem Jacka Ma. Po namyśle stwierdziłem jednak, że ma sporo racji. Dzisiejsza szkoła daje tak dużo encyklopedycznej wiedzy, że nie ma fizycznie możliwości do wprowadzenia jakichkolwiek innych zajęć, nawet dodatkowo płatnych. Jeśli uczeń chce mieć piątki, musi się uczyć praktycznie cały czas. Tylko czy jest to potrzebne w dzisiejszych czasach? Jeśli stajemy w obliczu pytania "Do czego przyda mi się to czego się uczę?" i nie jesteśmy w stanie znaleźć odpowiedzi, może tak naprawdę ta wiedza nigdy nie będzie nam potrzebna? Celowość działania jest głównym motywatorem do pracy. Jeśli nie widać sensu w tym co robię, to nie warto tego robić.


Kto powie nam co jest nieprzydatne?

Jest to bardzo proste stwierdzenie, sugerujące rewizję tego czego uczy szkoła publiczna, pod kątem celowości. Tylko jak określić co jest przydatne w życiu a co nie? Przecież jest tyle ścieżek rozwoju dla ludzi, każdy może potrzebować czegoś innego, każdy może inspirować się czymś innym. Z drugiej strony, mamy za sobą kilkadziesiąt lat funkcjonowania współczesnej edukacji publicznej, co oznacza, że mamy kilka pokoleń ludzi, których można zanalizować pod kątem tego jak często rzeczy, których nauczyli się w szkole, są wykorzystywane przez nich w życiu codziennym. Tego rodzaju badanie będące masową retrospektywą publicznego systemu edukacji może dać nam bezcenne informacje dotyczące przydatności określonych treści nauczanych w szkole. Technologia pozwala nam dotrzeć do większości członków społeczeństwa, która mogłaby być przebadana za pomocą nawet najprostszego narzędzia jakim jest odpowiednio skonstruowana ankieta. 


Ankieta dla całego społeczeństwa

Jak mogłaby ona wyglądać? Przede wszystkim, potrzebna byłaby reprezentatywna grupa ludzi do zidentyfikowania najczęstszych niepotrzebnie nauczanych treści. W tej grupie powinni znaleźć się ludzie z różnych ścieżek zawodowych, którym przedstawiłoby się treści z podstaw programowych do poszczególnych przedmiotów, tak by mogli na skali ocenić ich przydatność w swoim dotychczasowym życiu. Wyniki należałoby pogrupować według kategorii zawodów oraz grup wiekowych respondentów. Na tej podstawie możliwe byłoby stworzenie ankiety dla całego społeczeństwa, której wyniki pokazałyby, które treści ze szkoły na jakim etapie życia oraz w jakim zawodzie okazały się najbardziej oraz najmniej przydatne. Jeśli z analizy danych wyszłoby,  że niektóre elementy wyraźnie zaznaczają się we wszystkich grupach, to byłoby dobrym wskaźnikiem do eliminacji lub promocji danych aspektów w szkole publicznej. 

Badanie tego typu jest dużym przedsięwzięciem, ale jest wykonalne przy wsparciu instytucji państwowych. Kolejnym krokiem byłoby powtórzenie tego samego badania co pięć lat. Dlaczego akurat pięć? W moim odczuciu co tyle lat dokonuje się pewna mentalna zmiana w społeczeństwie młodych ludzi. Dzisiejsi nastolatkowie są inni niż ich rówieśnicy sprzed pięciu lat. Iteracyjność badania pozwoliłaby dostosowywać treści do nowych wersji dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości. 



Wróżenie wniosków

Jakie wnioski mogą płynąć z badania? Może okazać się, że niektóre elementy od zawsze są niepotrzebne i rzadko kto lub nikt z tego nie korzysta w życiu. Inne aspekty mogą być bardzo doceniane i powinniśmy położyć większy nacisk na ich rozwój. Może się też okazać, że będzie trudno zidentyfikować jakiś trend bo każdy będzie miał inny zestaw odpowiedzi w ankiecie. To ostatnie jest mało prawdopodobne, ale trzeba to wziąć pod uwagę. Możliwych scenariuszy może być więcej. Możemy również zadać pytanie: czy wyłuskanie  i pozbycie się nieprzydatnych elementów spowoduje zmniejszenie ilości godzin jakie uczniowie będą spędzać w szkole? Niekoniecznie, ale na pewno może doprowadzić do realnej rewizji tego co jest esencjonalne w szkole a co zapycha tylko czasoprzestrzeń uczniów.


Co z tego można przełożyć na szkołę?

Minimum, które uzyskamy w wyniku badania da nam nową podstawę programową. Ta podstawa może być bardzo różna od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Możliwe, że będziemy mieć inny podział na przedmioty, lub brak jakiegokolwiek podziału. Treści nauczane być może będą mniej liczne, ale za to będzie więcej czasoprzestrzeni do ich opanowania. Może się również okazać, że nauczyciele będą mieli wyzwanie totalnej zmiany stylu pracy na rzecz bardziej zwinnego podejścia. 

Chciałbym, żeby minimalna szkoła, która będzie zbudowana w oparciu o badanie przydatności, stała się miejscem tętniącym pozytywną energią z minimalną ilością wiedzy potrzebną do funkcjonowania w dzisiejszym i przyszłym świecie. Być może to minimum zmotywuje uczniów do pogłębienia swojego stanu wiedzy i samodzielnego eksplorowania tematów. A może po prostu uczniowie będą mieli czas na rozwijanie umiejętności, których szkoła ich nie nauczy. 

Ocenianie, ocenianie... co zrobić z nim?

Często poruszaną kwestią jest tzw. ocenoza, czyli robienie wszystkiego pod system oceniania, a nie dla samej wiedzy. Pozbycie się oceny jest kwestią bardzo sporną. Moje stanowisko jest następujące. Każda osoba, niezależnie od wieku, chce wiedzieć czy to co robi jest dobre. Informacja zwrotna jest pierwszym elementem, który zwraca naszą uwagę na to co jest do poprawy i jak to zrobić. W związku z tym, jestem przeciwny usuwaniu ocen ze szkoły. Kwestia, która wymaga usprawnienia to forma przekazywania oceny pracy ucznia. Dużo mówi się o ocenianiu kształtującym, czteroelementowej informacji zwrotnej itd. Niestety nie ma to większego sensu kiedy na końcu uczeń dostaje świadectwo, na którym muszą być wyraźnie wypisane oceny według skali od niedostatecznego do celującego. Dlatego popieram wszelkie ruchy działające w kierunku zmiany formy zaświadczenia o promocji lub ukończeniu szkoły. Forma oceny powinna być bardziej opisowa i powinna uwzględniać stopień zaangażowania ucznia w naukę. Technologicznie jest to bardzo wykonalne, wystarczy stworzyć odpowiedni formularz po wypełnieniu którego uzyskamy uzupełnione zaświadczenie o promocji lub ukończeniu szkoły.

Uczeń szkoły minimalnej, czyli kto?

Kto może do takiej szkoły chodzić? Na pewno osoba, dla której oceny nie są najważniejszą miarą wiedzy i umiejętności. Na pewno osoba, której nie zależy na uczęszczaniu do szkoły najlepszej pod względem wyników egzaminów zewnętrznych. Z drugiej strony, powinna być to osoba, której rodzice stanowią dla niej wsparcie niezależnie od wyników. Powinna to być osoba która ma świadomość jak ważne są umiejętności społeczne w pracy z ludźmi. Co więcej, ta osoba powinna potrafić przejąć odpowiedzialność za swój proces uczenia się i świadomie podchodzić do własnego rozwoju akademickiego oraz psychofizycznego. Oznacza to, że niezbędne będą takie umiejętności jak organizacja czasu i pracy, planowanie, kontrola, ocena ryzyka i efektywna komunikacja. Czy to wszystko potrzebne jest na starcie? Nie, jeśli jest wsparcie rodziców, na tym fundamencie można zbudować resztę umiejętności potrzebnych do funkcjonowania w minimalnej szkole.

Dlaczego nie warto zaczynać oddolnie?

Często mówi się, że zmiany w szkołach powinny zaczynać się tylko oddolnie, ze względu na zróżnicowaną specyfikę szkół. Jest to prawdą w wielu aspektach, ale gdybyśmy mieli zrobić zmiany w podstawie programowej i każda szkoła zrobiłaby to po swojemu to, przy zachowaniu jednolitych egzaminów zewnętrznych, doprowadziłoby do chaosu. Podstawowe i wspólne wartości, treści i umiejętności muszą wejść odgórnie do szkół. Chcemy, by minimum było wspólne dla całego przyszłego społeczeństwa. Czy w takim razie pozostałe formy kształcenia powinny być dodane już indywidualnie przez szkoły? Tak, ale dla mnie najlepszym rozwiązaniem byłoby stworzenie takich zajęć z aktywnym udziałem uczniów w procesie projektowania kursu. Uczniowie, biorąc pod uwagę swoje odczucia i  potrzeby, powinni angażować się w tworzenie zajęć edukacyjnych dla siebie na wzajem. Może to być dla nich cenna lekcja zmieniająca perspektywę na edukację jako proces.  Inaczej ponownie będziemy tworzyć czasozapychacze, na które zostaną wydane państwowe pieniądze bez przełożenia na jakąkolwiek wartość dla uczniów
.

Konkluzja

Szkoła minimalna to szkoła stworzona przy udziale całego społeczeństwa, ze wspólnymi wartościami i podstawowymi treściami. Jest to szkoła, której kształt jest nadawany przez uczniów, ponieważ to oni wiedzą najlepiej czego w danej chwili potrzebują by się rozwijać. Podstawowe minimum wiedzy powinno umożliwić uczniom nie tylko tworzenie dodatkowych zajęć, ale również uczestnictwo w nich.