Pokazywanie postów oznaczonych etykietą innowacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą innowacja. Pokaż wszystkie posty

Co z tym polskim? Jak przywrócić skamielinę do stanu używalności


Flashback do czasów szkolnych


Pamiętam to, jak wczorajszą noc. Godziny spędzone na koszmarnie nudnych lekturach, wyuczonych na pamięć, bez realnego przełożenia na lekcje życiowe. Pamiętam brak zrozumienia dlaczego mam napisać więcej, niż tak naprawdę mam do powiedzenia. Nikt też nie potrafił do końca wytłumaczyć mi jak napisać wnioski, po co jest rozprawka, dlaczego mam umieć pisać charakterystykę bohatera literackiego. Czytanie poezji w wieku kilkunastu lat? To był dla mnie żart, przecież nie miałem na tyle dużego doświadczenia życiowego i wiedzy, żeby choć docenić kunszt autora, nie wspominając o osobistej więzi z emocjami i przemyśleniami w wierszach. 

Przedmiotowa skamielina


Język polski jest w tej chwili najbardziej skostniałym przedmiotem w zestawie. Uczy treści i umiejętności które w osiemdziesięciu procentach są totalnie nieprzydatne w życiu nastolatka i dorosłego. Marnujemy potencjał przedmiotu, który powinien być jednym z najpopularniejszych w szkole. Komunikacja w języku ojczystym jest dzisiaj bardziej istotna niż kiedykolwiek, a nauka języka ojczystego w obecnej formie to wydmuszka.

Czy można inaczej?


Gdybym miał moc sprawczą do zmiany tego przedmiotu.. Czego chciałbym nauczyć nowe pokolenia? Zacząłbym od umiejętności pisania współczesnych tekstów. W krajach anglojęzycznych nauka pisania już dawno przeistoczyła się w rzemiosło, którego nauczenie jest bardzo proste. U nas w dalszym ciągu nauczanie pisania to ulotna i pełna niedopowiedzeń sztuka. Ocena prac jest subiektywna, a uczeń często nie ma możliwości poprawy swojego warsztatu, bo nie wie co w jego pisaniu jest złe. Dzisiejsze warunki i internetowa rzeczywistość nie pozwalają na stosowanie kwiecistego stylu i komponowanie długich wypowiedzi. Ekonomia języka jest kluczowa. Natomiast na lekcjach języka polskiego nauczyciele nadal wymagają od uczniów tworzenia wypowiedzi rozwlekłych i przez to niezrozumiałych. Dlatego dla mnie podstawą w dzisiejszych czasach jest nauka copywritingu. To zasady copywritingu wyznaczają standardy współczesnych tekstów w firmach, blogach i na stronach internetowych. Idąc z duchem czasu, powinniśmy tworzyć teksty dla ludzi żyjących teraz, a nie dwieście lat temu. Nauczmy się tworzyć teksty zwięzłe, na temat i bez zbędnych ozdobników utrudniających zrozumienie.

Komunikacja jest kluczem!


Kolejny bardzo istotny aspekt to rozwijanie kompetencji komunikacyjnych. Język polski daje nam ogromne możliwości w tym obszarze. Możemy zacząć od podstaw, które pojawiają się na każdym szkoleniu z komunikacji dla początkujących, takich jak wzrost świadomości jak wysyłany komunikat może być odbierany przez różne osoby, czy stosowanie języka faktów. Później możemy przejść do zagadnień związanych tworzeniem wypowiedzi ustnych za pomocą zrozumiałych struktur takich jak wstęp trzy argumenty z zdaniem wstępu, rozwinięciem, przykładem i podsumowanie, albo podejście dwutorowe, porównywanie (co to jest tertium comparationis i jak je wykorzystać w praktyce). Po wyćwiczeniu umiejętności przemawiania publicznie możemy przejść do poziomu zaawansowanego, na którym ćwiczymy zabiegi retoryczne, by rozumieć język polityków i osób publicznych. Efektywna komunikacja to również znajomość systemu, z którego korzystamy, więc zasady ortografii i gramatyki języka polskiego powinny być wspierane na każdym kroku. 

Mamy też ogromne braki w ćwiczeniu dykcji, co szczególnie widać u młodych youtuberów, często mówiących szybko, ale niezrozumiale. Potrzebujemy zajęć ćwiczących dykcję i emisję głosu. Częściowo można je zrobić na języku polskim a częściowo na muzyce. Warto wzmocnić ten aspekt ze względu na współczesne potrzeby ludzi doby szybkiego tworzenia treści multimedialnych. Ponadto, nauka netykiety to sprawa kluczowa przy komunikacji internetowej. Jak bardzo jest ona potrzebna świadczy styl komunikacji pokoleń, które nigdy nie przeszły szkolenia z netykiety i używają nadmiernych ilości wielkich liter, wykrzykników oraz znaków zapytania, zupełnie nie czując jak duży ładunek emocjonalny niosą ze sobą te znaki. 

Lektury..


Tym co szczególnie trawi mnie od środka, jest zestaw lektur szkolnych. Moje pokolenie nie miało zbyt dobrej relacji z lekturami szkolnymi, bo już my nie rozumieliśmy często przekazu wielkiego dzieła, a co dopiero dzisiejsza młodzież! Czy mamy czytać wielkie dzieła bo są wielkie? Jaki jest cel znajomości lektur szkolnych? Po co mamy je czytać? Czytając lektury, szukałem w nich lekcji życiowych dla siebie. Często jednak historie i język utworów literackich były tak oderwane od mojej rzeczywistości, że nie znajdowałem w nich nic wartościowego. Dzisiaj mam inną perspektywę, ale to wiąże się z innym doświadczeniem życiowym. Nastolatki nie widzą świata oczami dorosłych, więc dlaczego miałyby czytać książki, które poruszają serca osób w średnim wieku?

Co w takim razie powinni czytać w zamian? Zdecydowanie książki, które dają im inspirację do działania, pozwalają wyrobić opinię o otaczającym nas świecie, lub oferują ważne lekcje życiowe o funkcjonowaniu we współczesnej rzeczywistości. Bez większego zastanowienia mogę wymienić kilka pozycji, spełniających powyższe kryteria. Po pierwsze, trylogia Yuvala Noah Harari ("Sapiens" "Homo Deus" "21 Lekcji na XXI wiek"), książki inspirujące do myślenia, dające perspektywę na to co kieruje nami jako ludźmi, jak może wyglądać nasza przyszłość i o czym dyskutuje współczesny świat. Po drugie, Aleks Barszczewski ("Sukces w relacjach międzyludzkich"), o tym jak nie być totalnym boomerem w globalnej wiosce. Po trzecie, Stephen Covey ("7 nawyków skutecznego działania"), pokazujący jakie nastawienie może nam pomóc być lepszymi ludźmi. Po czwarte David Allen ("Getting Things Done") czyli biblia zarządzania czasem. Naszym dzieciom potrzeba również wyraźnych wskazówek jak komunikować się za pomocą tekstu. Dla mnie świetnym początkiem może być książka "Magia Słów", której autorką jest Joanna Wrycza-Bekier. Jest to wprowadzenie do pisania tekstów, nad którymi autor może mieć kontrolę. Autorka pokazuje jak operować językiem by precyzyjnie i ciekawie przekazać nasze myśli. Patrząc z innej perspektywy, często narzekamy, że dzieci nie mają żadnych autorytetów. Ale dzieci nie mają nawet okazji o nich poczytać. Dajmy im okazję dowiedzieć się o ludziach, którzy byli ciekawymi postaciami. Najlepiej zacząć od własnego podwórka. Na języku polskim często uczymy się o pokoleniu Kolumbów, ale czy wiemy skąd bierze się ta nazwa i o co chodziło z Kolumbem? Książka "Sen Kolumba" Emila Marata to świetny przykład inspirującej biografii człowieka, który jest zarazem znany i nieznany. Ponadto właśnie z tej książki dowiemy się, dlaczego całe pokolenie zyskało nazwę pochodzącą od pseudonimu jednej osoby.

Nie każdy bohater, to bohater wojenny


Mogę wymieniać jeszcze długo książki, które są w kontakcie z dzisiejszą rzeczywistością, ale na dłuższą metę będzie to monotonne. Bardzo istotne jest dla mnie również to, by uczniowie inspirowali się przykładami ludzi z różnych sfer życia. Bohaterowie wojenni są świetni, ale w czasach spokoju przyda się ktoś, kto odniósł sukces bez najeźdźcy stojącego u bram. Dlatego na języku polskim powinniśmy przedstawiać osoby, które odniosły sukces życiowy i zrobiły coś dobrego dla społeczeństwa w różnych dziedzinach. Czy dzisiaj szeroko mówi się o Józefie Żychlińskim, Hipolicie Cegielskim, Tadeuszu Tańskim, Leopoldzie Kronenbergu, czy Izrazelu Poznańskim? Niezależnie od ich narodowości, oraz metod pracy, działali oni na terenie naszego kraju i znacząco przyczynili się do jego postępu.  Inspirujmy młodych by chciało im się coś zrobić ze swoim życiem. Język polski może w tym pomóc jeśli się go doprowadzi do stanu używalności dla współczesnych ludzi. 

Kończąc


Język polski to nie tylko literatura. Język ojczysty to potężne narzędzie komunikacji dające władzę, szczęście, sukces, emocje, zrozumienie, postęp. Chciałbym, żeby moje dziecko mogło uczyć się tego języka w formie, która przede wszystkim będzie zrozumiała dla niego. Im lepiej poznajemy swój język, tym precyzyjniej jesteśmy w stanie przekazać to co jest w nas. Starajmy się robić to językiem, który jest nam bliski. Niektóre wielkie dzieła zasługują na emeryturę, bo ich czas już minął. Możemy je podziwiać i czytać dla przyjemności, ale wartość edukacyjna płynie dzisiaj z innego źródła. Dlatego powinniśmy dążyć do uwspółcześnienia nauki o jednym z najważniejszych elementów naszej tożsamości narodowej.

Egzaminy zewnętrzne zapraszamy na zewnątrz!


Po co nam egzaminy zewnętrzne?

"Bo to będzie na egzaminie!" - uniwersalna odpowiedź na pytanie po co uczniowie mają się uczyć danej rzeczy. Słyszeliśmy to jako uczniowie, słyszymy jako rodzice i niestety nadal zbyt często mówimy to jako nauczyciele. Dlaczego egzaminy zewnętrzne są tak ważnym elementem naszego systemu edukacji? 

Pierwszą odpowiedzią jaka mi się nasuwa jest to, że pozwalają uczniom mieć równe szanse w dostępie do edukacji na poziomie szkoły średniej i na poziomie studiów. Taki sam egzamin w całym kraju daje możliwość wyrównania szans, bo niezależnie od tego do jakiej szkoły się chodziło i kogo się zna, egzamin jest obiektywnym sprawdzianem wiedzy i umiejętności dla wszystkich uczniów. Po drugie, egzaminy zewnętrzne są jednym z głównych narzędzi analizy efektywności systemu edukacji. One pokazują, które szkoły wypełniają swoje zadanie najlepiej i dają uczniom wiedzę oraz umiejętności uprawniające do wstępu do kolejnych najlepszych szkół i uniwersytetów.

Ale czy na pewno tak jest? 


Głos nauczycieli

Tyle jeśli chodzi o teorię, bo praktyka pokazuje inny obraz rzeczywistości. Fakt, że egzaminy zewnętrzne są tak istotnym elementem przy rekrutacji do szkoły średniej i na studia generuje całą masę niepożądanych zachowań. Z punktu widzenia nauczycieli, odczuwalna jest silna presja na "zrobienie wyniku" czyli takie przygotowanie uczniów, które pozwoli im uzyskać możliwie najwyższe rezultaty przy zachowaniu zgodności z procedurami egzaminacyjnymi. Nauczyciele słyszą często od dyrektorów, że od wyniku egzaminów zależy przyszłość nie tylko uczniów, ale również szkoły i jeśli nie będzie wysokich wyników to będą konsekwencje. Czasami przeradza się to w tak absurdalne sytuacje jak karanie nauczyciela za to, że jego uczniowie skupieni na byciu nastolatkami uzyskali z egzaminu wynik "zaledwie" kilkanaście punktów procentowych wyższy od średniej krajowej. Oczywiście kary nie są formalne, ale nauczyciel może przestać mieć zajęcia w tej samej sali, nie dostać nowego komputera, mimo że dookoła wszyscy mają wymieniane sprzęty. Ponadto, nauczyciel może mieć zmianę klas, które uczy, co zmusza go do dodatkowej pracy przy ustalaniu zasad współpracy, docieraniu się z grupą. 

Te zabiegi motywują nauczyciela do pogłębionej analizy arkusza egzaminacyjnego, żeby wymyślić techniczne chwyty na poprawę rezultatów. W konsekwencji, zamiast uczyć dzieci ważnych w życiu umiejętności oraz wiedzy, nauczyciel skupia się na strategiach rozwiązywania zadań testowych i wymyślaniu co najczęściej jest na egzaminie i na czym warto się skupić, żeby uczniowie lepiej ów egzamin napisali. Czy nauczyciel czuje się winny? Tak, bo przecież to co musi robić to nie edukacja a szkolenia z pisania egzaminów. Niestety, przez to, że nauczyciele tkwią od ponad dwudziestu lat w takim stanie rzeczy, coraz więcej z nich ocenia swoją pracę bardzo dobrze tylko na podstawie uzyskanych wyników z egzaminów zewnętrznych. To znak, że system zmienia człowieka i nawet jeśli chciałby się on zbuntować przeciwko niemu to nie może, bo za rogiem czyhają negatywne konsekwencje.


Co sądzą uczniowie?

Z punktu widzenia ucznia, egzaminy zewnętrzne są źródłem ogromnej presji. Matura jest jeszcze do przeżycia, bo można ją poprawić przez pięć lat po zdaniu, ale test ósmoklasisty to jedna szansa na sukces, lub porażkę. Warunkiem dostania się do wymarzonej szkoły średniej jest uzyskanie wysokiego wyniku z egzaminów. O dobrym wyników marzy nie tylko uczeń, ale również jego rodzice, dziadkowie, nauczyciele, dyrektor i cała szkoła. Sporo zainteresowanych, ale to na uczniu spoczywa obowiązek wykonania zadania. Jak ma dobrze wypełnić misję, kiedy z każdej strony cały czas słyszy pytania o to czy się uczy, czego już się nauczył i dlaczego się nie uczy. Nikt nie interesuje się jego życiem i tym co przeżywa. Wszystkim zależy na dobrym wyniku i uważają, że przez ciągłą kontrolę i zadawanie niewygodnych pytań pomogą dziecku osiągnąć cel. 

Taki rodzaj stresu może być trudny do wytrzymania dla najodporniejszych jednostek nie wspominając o bardziej wrażliwych osobach. Jakie są konsekwencje opisanej sytuacji? Uczeń może się spiąć, wytrzymać ciśnienie, nauczyć się mimo przeciwności i zrobić swoje czyli napisać dobrze egzamin. Ale równie dobrze może się zablokować pod wpływem ciężaru spoczywającego na nim, co będzie się manifestowało brakiem zainteresowania nauką, lub nawet uczęszczaniem do szkoły. Uczniowie mogą buntować się przeciw szkole i rodzicom generując konflikty, a w konsekwencji, nie wykonując ani poleceń ani próśb ani gróźb opiekunów. Brzmi znajomo? Każdy z nas może podać przykłady takich sytuacji ze swojego życia lub z życia kogoś z otoczenia. Nikt jednak nie pyta co za tym stoi co doprowadziło młodego człowieka do podejmowania tych pozornie nieracjonalnych decyzji, które tak naprawdę są nieświadomym wołaniem o pomoc.


Najbardziej zestresowani rodzice

Z perspektywy rodziców, rok szkolny w którym ich dziecko podchodzi do egzaminów zewnętrznych jest często bardzo stresującym czasem. Jak to? Przecież rodzice nie podchodzą do egzaminów, więc po co się przejmują? - mógłby ktoś pomyśleć. Rzeczywistość jest często taka, że stres dzieci udziela się wszystkim członkom rodziny. Opiekunowie widząc, że dziecko źle znosi nadmiar obowiązków, próbują mu pomóc. Robią co mogą, by ich pociecha przygotowała się do egzaminu, którego wynik pozwoli jej w przyszłości prowadzić życie na jakie zasługuje, czyli najlepsze jakie można sobie wyobrazić. Możemy zidentyfikować cały wachlarz działań podejmowanych przez rodziców od bardzo surowych metod takich jak zamykanie dziecka w pokoju bez multimediów, żeby się uczyło przez kilka godzin, poprzez ciągłą kontrolę postępów dziecka, aż po uruchomienie wszelkich znajomości mogących przyczynić się do lepszego przygotowania dziecka do egzaminów. 

Problem w tym, że bardzo rzadko wśród wachlarza działań występuje pogłębiona rozmowa z dzieckiem o tym, czego potrzebuje, co je boli i czym się martwi. Kilka krótkich pytań rodziców i jeszcze krótszych odpowiedzi dziecka nie kwalifikuje się jako rozmowa. Często bywa tak, że ambicje rodziców tak mocno wpływają na dziecko, że ono, nie chcąc zawieść najbliższych, pogrąża się w wizjach konsekwencji swojej porażki i w rezultacie blokuje się. To prowadzi do jeszcze większych zmartwień rodziców, kolejnych działań i rosnącej frustracji w całym domu.


Czym dla szkoły są egzaminy?

Szkoła, jako instytucja, traktuje egzaminy zewnętrzne jako wyznacznik efektywności oraz, jeśli wyniki szkoły są dobre, kartę przetargową w rozmowach z organem prowadzącym na temat dodatkowego finansowania. I tak naprawdę o tę kwestię wszystko się rozbija. Pieniądze idące za dobrymi wynikami prowadzą do wynaturzenia całego systemu po to by uczniowie mogli mieć więcej godzin przedmiotów wiodących w szkole i mogli lepiej się przygotować do egzaminów i życia. Rezultat jest odwrotny do zamierzonego, bo po osiągnięciu określonego pułapu uczniowie przygotowują się co najwyżej na podobnym poziomie co roku, a czasami gorzej. 

Indywidualne placówki mają ograniczone pole manewru, ponieważ nieuleganie presji na wyniki może oznaczać dla nich mniej godzin z kluczowych przedmiotów oraz w konsekwencji gorszy i mniejszy nabór, ponieważ najlepsi uczniowie z reguły szukają szkół oferujących jak najwięcej wszystkiego. Pomijając to, że jest to chybiona strategia ze strony uczniów, która powinna być zastąpiona innym myśleniem o edukacji najlepsi uczniowie zasługują na warunki odpowiadające ich pracowitości. Niestety, mało jest innych równie wymiernych wskaźników, mogących posłużyć za argumenty w rozmowach z organem prowadzącym o przyszłości szkoły. 


Radykalne zmiany!

Skoro egzaminy zewnętrzne są źródłem wielu problemów dla głównych interesariuszy szkoły, to może zamiast próbować na siłę dostosować ucznia do systemu, powinniśmy postąpić odwrotnie i tym razem dostosować system do ucznia? Moja propozycja jest radykalna i brzmi:Zlikwidujmy ogólnokrajowe egzaminy zewnętrzne! 

Na pewno u części z was w tym momencie odzywa się czerwona syrena krzycząca: To bez sensu! Przecież na podstawie egzaminów dokonuje się rekrutacji do szkół i na studia, bez nich popadniemy w totalny chaos! Poza tym, jeśli zrezygnujemy z egzaminów, to tylko przerzucimy w ten sposób  na szkoły i uczelnie odpowiedzialność za przeprowadzanie egzaminów wstępnych jak to miało miejsce kiedyś. Będziemy mieli do czynienia z kumoterstwem, korupcją i szarą strefą korepetycji przygotowujących do egzaminu. 

Argumenty powyżej są jak najbardziej trafne i Ci z nas którzy nie pamiętają dawnych czasów, powinni wiedzieć, że kiedyś im bardziej prestiżowy był kierunek studiów tym większe było prawdopodobieństwo wystąpienia wcześniej wymienionych zjawisk. Natomiast nasuwa mi się pytanie czy dzisiaj rzeczywiście mamy tak szczelny system, że nie można się dostać tylnymi drzwiami do pożądanej placówki edukacyjnej jeśli ma się znajomości? Myślę, że każdy z nas może odpowiedzieć sobie indywidualnie na to pytanie, biorąc pod uwagę doświadczenia swoje oraz znajomych, przyjaciół i rodziny. Ponadto, prestiżowe szkoły i uczelnie wymagają więcej od kandydatów, bo wyniki egzaminów są zbyt spłaszczone, żeby stanowić jedyną podstawę w procesie rekrutacyjnym. Dlatego uczniowie zdobywają punkty za wolontariat, sport, konkursy wiedzy, aktywność społeczną w samorządzie i innych organizacjach. Na uczelniach wyższych na międzynarodowe specjalizacje są dodatkowe wypracowania do napisania, lub egzaminy z wiedzy o tematyce studiów, np. z wiedzy o prawie. Czy w związku z tym, rzeczywiście kluczowym elementem systemów rekrutacji powinien pozostać krajowy egzamin dla wszystkich uczniów?


Do szeregu równaj!

źródło: https://tinyurl.com/rv4rhmm

Równanie wszystkich do jednego poziomu jest w sprzeczności z ideą indywidualizacji procesu edukacyjnego. Większość szkół, zarówno ogólnokształcących jak i zawodowych, ma swoją specyfikę i specjalizację. Dzięki dostosowaniu testu rekrutacyjnego do specyfiki danej szkoły, istniałaby możliwość lepszego dopasowania szkoły dla ucznia biorąc pod uwagę jego umiejętności i wiedzę, bez konieczności pisania jednego testu decydującego o wszystkim. W przypadku przejścia ze szkoły podstawowej do średniej, z wykorzystaniem systemu takiego jak np. Nabór moglibyśmy stworzyć bazę testów wstępnych do każdej szkoły średniej  które uczniowie pisaliby w szkołach macierzystych według harmonogramu.  I tak wszyscy chętni do uczęszczania do LO X pisaliby test jednego dnia o tej samej godzinie, a wszyscy chętni do uczęszczania do Technikum Y pisaliby test innego dnia o tej samej godzinie. Ze względów organizacyjnych, najlepiej gdyby testy były pisane online i automatycznie sprawdzane. To oznacza konieczność zakupu odpowiedniej ilości komputerów/tabletów ale i tak zmierzamy w tym kierunku, więc prędzej czy później posiadanie komputerów w większej ilości będzie standardem w każdej szkole. 

Jeśli chodzi o uczelnie wyższe, tutaj potrzebny byłby system egzaminów wstępnych tworzonych przez uczelnie wyższe w Polsce oraz egzamin honorowany przez uczelnie zagraniczne, dostosowany do specyfiki uczelni, np. humanistyczny, ścisły, lub inny stworzony zgodnie z wymogami uczelni zagranicznych. Taki egzamin działałby jak certyfikat potwierdzający znajomość języka, czyli stanowiłby dowód posiadania kompetencji bez konieczności uczenia się bardzo dużej ilości niepotrzebnych treści z przedmiotów innych niż wiodące. 


Wątpliwości..

Zdaję sobie sprawę, że na pierwszy rzut oka moja propozycja wygląda jak zamiana jednego egzaminu na kilkadziesiąt egzaminów. Ale tak naprawdę decentralizacja egzaminów doprowadzi do przerzucenia ciężaru z nauki do testu ósmoklasisty lub matury, na treści i umiejętności bardziej uniwersalne i przydatne w życiu, bez których nie da się rozwiązać żadnego problemu. Oprócz tego, zyskując kilka szans na napisanie testu wstępnego do szkół i uczelni wyboru, uczniowie po pierwsze dostają poczucie bezpieczeństwa bo mają kilka szans na sukces. Po drugie, mogą skupić się na kwestiach naprawdę im przydatnych, eliminując elementy mniej istotne w szkole lub uczelni wyższej ich wyboru. 


Zalety nowego rozwiązania

Z perspektywy szkół powinniśmy pamiętać, że komisje rekrutacyjne tych instytucji chciałyby mieć jakieś potwierdzenie twardych umiejętności uczniów, pokazujące predyspozycje do uczęszczania do danej szkoły. Natomiast forma testu mogłaby być bardziej dostosowana do specyfiki danej szkoły. To oznacza, że w teście do technikum samochodowego mogłoby pojawić się więcej pytań z zakresu termodynamiki, elektryczności, niż z astronomii, a w teście do LO znanego z dobrego biol-chemu przygotowującego do studiów medycznych byłoby być więcej pytań o anatomię człowieka, a mniej skrzypy i widłaki. 

Kolejną zaletą decentralizacji egzaminów byłby większy spokój rodziców, których pociechy nie musiałyby stawiać wszystkiego na jedną kartę w ósmej klasie szkoły podstawowej. Teraz młodzi ludzie kończąc podstawówkę nie są nawet wystarczająco dorośli, żeby pójść do pracy, a już mają wziąć na swoje barki wizję całej swojej przyszłości. Dla rodziców moja propozycja mogłaby dać poczucie ulgi oraz dać szansę na wykorzystanie rozłożonego w czasie procesu rekrutacyjnego do wsparcia dziecka. Kiedy dziecko startuje do pięciu szkół,  dostaje pięć szans na zakwalifikowanie się do szkół w których widzi siebie jako ucznia. To lepsze rozwiązanie niż, jeden egzamin, nawet jeśli jest rozłożony na trzy dni pisania.


Nobody's perfect

Czy opisane rozwiązanie jest perfekcyjne? Pewnie nie, ponieważ nie biorę pod uwagę wielu czynników, ze względu na brak świadomości ich istnienia, lub ograniczone miejsce na wpis blogowy. Wiem jednak, że jeśli chcemy mieć nadzieję na jakąkolwiek pozytywną zmianę w naszym systemie edukacji, to warto zacząć od najbardziej stresogennego czynnika dla wszystkich będących w systemie edukacji, mianowicie od egzaminów zewnętrznych. Wszelkie nowe wizje edukacyjne takie jak zwinna edukacja, praca metodami projektowymi, korzystanie z autentycznych materiałów, omawianie kazusów, tworzenie oryginalnych przydatnych w praktyce treści, nauka umiejętności miękkich, czy dbanie o relacje i dobrą komunikację będą tylko wyjątkowymi przypadkami dopóki nie zniesiemy powodu, dla którego nasz system edukacyjny jest tak skostniały i nie dopuszcza żadnych powiewów edukacyjnej świeżości. Zgadzam się, że jest to ruch pod prąd nawet na skalę globalną, ale taki ruch jest potrzebny w polskiej edukacji, żebyśmy dali dyrektorom, nauczycielom oraz uczniom szansę na prawidłowy rozwój w nowocześnie zorganizowanej szkole.



Koniec fińskiego cudu edukacyjnego?


Edukacja w Finlandii jest bee..?


Kiedy wprowadzasz nowość i praca idzie zgodnie z planem, wszyscy biją Ci brawo. Kiedy napotkasz problemy, wszyscy wieszają na Tobie psy. To częsta sytuacja w edukacji nie tylko w naszym kraju. W sierpniu internet obiegł artykuł krytykujący do tej pory wychwalany system edukacji w Finlandii. Była to relacja jednej uczennicy oraz jej rodziców, którzy twierdzili, że szkoła Pontus, która jako pierwsza w pełni wprowadziła nową podstawę programową, zawiodła oczekiwania. Uczniowie niczego nie nauczyli się przez pierwszy rok, a zamiast atmosfery nauki, dało się odczuć stres i chaos. 

Czy to znaczy, że Finlandia przestała być światowym cudem edukacyjnym? Zacznijmy od tego, że nigdy nim nie była. To jakimi metodami nauczyciele pracują z uczniami oraz czego uczy się w fińskich szkołach jest rezultatem systemowych zmian wprowadzanych etapami. Bardzo istotne jest również to, że do tej pory zmiany były wprowadzane jednocześnie odgórnie i oddolnie, w skoordynowany sposób, by zachować pewną dozę kontroli i dać swobodę działania szkołom na poziomie lokalnym. Co w takim razie zmieniło się w ostatnim czasie, że pojawiają się głosy krytyki?

Odgórne zmiany = oddolny opór


Problem wynika z pominięcia jednej elementarnej kwestii często omawianej na szkoleniach z zarządzania zmianą. Wszelkie innowacje wprowadzane tylko odgórnie mają nikłe szanse na powodzenie, a bardzo duże szanse na opór ze strony wykonawców zmian. Tak też dzieje się obecnie w Finlandii. Serwis BigThink opisał krótko w artykule wprowadzenie nowego podejścia do edukacji w Finlandii. Głównym założeniem innowacji jest odejście od klasycznego podziału na przedmioty w szkole na rzecz interdyscyplinarnych projektów i zadań, w których planowanie i realizację aktywnie włączeni będą uczniowie. Takie podejście jest w zgodzie ze wszelkimi najnowszymi trendami dotyczącymi zwinnej edukacji. Jednak mimo wspaniałości pomysłów oraz odwagi rządzących jest jasne, że fińskie społeczeństwo nie jest gotowe na tak radykalne zmiany. Już w tym krótkim tekście widać, że jedyną zaangażowaną stroną jest strona rządowa. Szkoły są tylko zobligowane do wykonania konkretnych zadań w konkretnym czasie. Nie widać ich kontrybucji do rozwoju nowego systemu.  Ponadto, rodzice oraz uczniowie nie mają świadomości na jakich założeniach opiera się zwinna edukacja. W związku z tym, nie potrafią zapewnić wsparcia swoim dzieciom w domu i, z obawy o dobro swoich pociech, wyrażają coraz bardziej dosadnie sprzeciw wobec nowości wprowadzonych przez fiński rząd. 

Co wynika z Przykładu Finlandii?


Jaka lekcja płynie dla innych z pierwszego etapu systemowych zmian prowadzących do zwinnej edukacji w Finlandii? Po pierwsze, żadna duża zmiana nie ma większych szans na powodzenie jeśli jej wykonawcy nie będą aktywnie zaangażowani w jej projektowanie. Oznacza to, że szkoły nie mogą mieć narzuconych odgórnie metod pracy. Nie wszędzie jest odpowiednia atmosfera i okoliczności do tego, żeby wprowadzić zwinność. Istnieje mnóstwo czynników takich jak: kompetencje kadry, elastyczność zespołu, lokalizacja szkoły, specyfika nauczania szkoły, kompetencje rodziców, poziom świadomości istnienia nowych trendów wśród interesariuszy szkoły, częstotliwość wprowadzania zmian, czy elastyczność kierownictwa szkoły, które mogą być decydujące w kwestii wprowadzania zwinnego podejścia. Po drugie, zanim radykalne zmiany będą mogły być wprowadzone, potrzebna jest społeczna kampania informacyjna, mająca na celu podniesienie poziomu świadomości istoty innowacji w całym społeczeństwie. Taka kampania obniży poziom obaw dotyczących nowych nieznanych praktyk szkolnych oraz, poprzez przekazanie komunikatu o potrzebie zmiany wynikającej z dynamicznie rozwijającej się rzeczywistości, uświadomi ludziom jak pilnie potrzebne jest nowe podejście, żeby dzisiejsze dzieci mogły funkcjonować w przyszłej rzeczywistości.

Nie popełnia błędów ten, kto nic nie robi. Możemy uczyć się na przykładzie Finlandii jak złożonym procesem jest wprowadzanie zwinnej edukacji na poziomie całego kraju. W niedługim czasie przekonamy się, czy resort edukacji w Finlandii podejmie kroki mające na celu uspokojenie społeczeństwa i pokazanie zasadności wprowadzenia innowacji w ich kraju. Warto bacznie obserwować co będzie się działo w najbliższych miesiącach, ponieważ z tej odważnej inicjatywy będziemy mogli wyciągnąć jeszcze wiele cennych lekcji.


Szkolny teamwork, czyli związki międzyszkolne

Yuval Noah Harari w książce 21 lekcji na XXI wiek podaje przykład podejścia do rozwiązywania dużych problemów odnosząc się do czasów starożytnego Egiptu. Przez setki lub tysiące lat na terenie dzisiejszego Egiptu, wokół Nilu żyło wiele autonomicznych plemion. Nil był również wtedy życiodajną rzeką, ale od czasu do czasu wychodził z brzegów, niszcząc plony lokalnych plemion. Żadne z tych plemion nie było ani na tyle zamożne, ani na tyle wpływowe by samodzielnie rozwiązać problem wylewającej się rzeki. Dopiero kiedy wszystkie plemiona porozumiały się w kwestii uregulowania rzeki, udało się rozwiązać problem. 

Lekcja płynąca z tej opowieści jest jasna i klarowna. Współpraca pozwala podejmować największe wyzwania i wychodzić z nich zwycięsko. Dla mnie podobnym do wylewającego Nilu problemem jest poziom edukacji publicznej. Im większa miejscowość, tym większa rozbieżność w poziomie nauczania szkół. Przypuszczam, że możliwe byłoby graficzne zobrazowanie sytuacji za pomocą krzywej Gaussa, gdzie mielibyśmy do czynienia z małą grupą bardzo dobrych szkół oraz bardzo kiepskich szkół, a także z pozostałymi szkołami umieszczonymi w stanie średnim.

Jak zmienić ten stan rzeczy? Na razie sytuacja jest nie do ruszenia. Słabe szkoły nie mają odpowiedniego przywództwa, środków i kadry do tego by zmienić swoją pozycję. Świetne szkoły pracują na maksymalnych obrotach, ale nie są w stanie pociągnąć całej oświaty na własną rękę. Pozostają jeszcze średnie szkoły z potencjałem do rozwoju, które dzisiaj go nie wykorzystują w pełni. Moim pomysłem na poprawę sytuacji jest to o czym mówił Harari. Szkoły powinny dobrać się w teamy na podstawie kompetencji, które posiadają tak by poszczególni członkowie uzupełniali się. Podstawowe założenie jest takie, że wykorzystując wspólnie dostępne zasoby szkoły mogą odnieść korzyść ze współpracy w postaci zwiększenia poziomu nauczania, wypracowania procedur profilaktyczno-wychowawczych, udziału w projektach edukacyjnych, również dofinansowanych z zewnątrz. 

Jakim kluczem miałby odbywać się dobór teamów? Czynniki decydujące o doborze mogłyby wyglądać następująco:

  • wyniki egzaminów zewnętrznych
  • specjalizacja szkoły
  • udział w projektach z zewnętrznym finansowaniem
  • średni próg punktowy w rekrutacji do szkoły
  • opis typowych problemów wychowawczych
  • wyposażenie szkoły
  • kompetencje miękkie nauczycieli
  • wielkość szkoły
  • lokalizacja
Ze względu na finanse, najlepiej byłoby gdyby szkoły dobierały się w teamy w obrębie jednego organu prowadzącego. To ułatwi dzielenie się zasobami. Należy również zadbać o to by szkoły nie były z dwóch różnych krańców spektrum, bo nie będzie możliwe nawiązanie dialogu pomiędzy nimi. Lepiej dokonać doboru szkół, które nie są oddalone od siebie mocno w kwestii dotykających je problemów. Procedura doboru mogłaby wyglądać następująco:

1. Szkoły wypełniają ankietę online sporządzoną na podstawie wymienionych czynników
2. OP zbiera ankiety i analizuje wyniki
3. Szkoły będące pod względem wyników egzaminów w pierwszych 50 procentach mogą być ze sobą dobierane w teamy. Szkoły z przedziału 51-100 procent mogą również być ze sobą w teamach.
4. Teamy powinny mieć od 4-6 szkół, żeby można w miarę elastycznie zarządzać pracami teamów
5. w dalszej kolejność bierze się pod uwagę kompetencje kierownictwa szkół oraz nauczycieli i na tej podstawie dobiera się szkoły na zasadzie uzupełniania
6. Następnie patrzy się na wyposażenie poszczególnych szkół i bierze się je pod uwagę na zasadzie uzupełniania

Po stworzeniu teamów, OP powinien stworzyć zespół przedstawicieli szkół i jednego pracownika OP jako leadera teamu. Na podstawie problemów i dostępnych zasobów, teamy indywidualnie określają plan działań mających na celu uczenie się od siebie i korzystanie z zasobów dla rozwoju uczniów. Oczywiście, żeby nie rozwalać zupełnie funkcjonowania szkół, działania musiałyby odbywać się cyklicznie z przerwami. Można również wziąć pod uwagę takie okresy jak ferie i wakacje. Szkoły mogłyby realizować wspólnie inicjatywy dla lokalnych społeczności, wydarzenia szkolne, wyjazdy. Możliwe byłoby też omawianie i opracowywanie rozwiązań problemów, oczywiście w atmosferze wzajemnego szacunku i bez karania za to, że dana sytuacja w ogóle zaistniała. Szkoły w danym teamie mogłyby również dzielić się dobrymi praktykami i tworzyć nowe standardy funkcjonowania. Jeśli na przykład jedna ze szkół wprowadzałaby zwinne podejście do edukacji, inne, chcąc zrobić to samo, mogłyby uczyć się na doświadczeniach członka teamu.

Współpraca buduje i to jest hasło przewodnie mojego pomysłu. Nawiązanie dialogu to pierwszy krok na drodze do poprawy jakości polskich szkół. Co sądzicie o tym wszystkim? Dajcie znać w komentarzach :-)


Wakacje do zmiany, last minute!

2 miesiące wakacji to stanowczo za dużo

Wakacyjna nuda

Pod koniec roku szkolnego miałem okazję zapytać moich uczniów o ich plany wakacyjne. Oprócz standardowych odpowiedzi takich jak wyjazdy, pobyt w domu przy komputerze, czy udział w inicjatywach wolontariackich, spora część uczniów liceum oświadczyła, że będą pracować zarobkowo w lipcu lub sierpniu. Na moje pytanie czy nie wolą odpocząć przez najbliższe dwa miesiące, uczniowie odpowiadali, że dodatkowa kasa zawsze się przyda, ale przede wszystkim robią to z nudy, bo już nie wiedzą co ze sobą zrobić po jednym miesiącu wolnego. 

Sprawdzam temat

Postrzeganie wakacji przez uczniów było dla mnie zaskakujące, biorąc pod uwagę ilość  ich narzekań na nadmiar obowiązków i pracy w ciągu roku szkolnego. Było to również motywacją dla mnie do spojrzenia na kwestię czasu wolnego od szkoły z bardziej globalnej perspektywy. Na stronie https://www.master-and-more.eu/en/top-10-countries-with-the-best-education-systems-in-the-world-for-2019/ znalazłem ranking 10 krajów z najlepszymi systemami edukacji na świecie. Przyjąłem ten ranking za punkt wyjścia, ponieważ bierze pod uwagę szereg kryteriów takich jak uwzględnienie wszystkich poziomów edukacji, frekwencja, perspektywy rozwoju itd. 

Spośród krajów wymienionych w rankingu moją uwagę przykuły trzy: Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, Japonia oraz Australia. Tam organizacja roku szkolnego różni się od systemu polskiego. W UK rok szkolny rozpoczyna się 1 września i trwa do ok 20-23 lipca.  Rok  jest podzielony na trymestry z pięciodniowymi przerwami pomiędzy trymestrami oraz jedną w czerwcu a także dwutygodniowymi przerwami w okolicy Bożego Narodzenia oraz Świąt Wielkiej Nocy. Na letnie wakacje pozostaje więc 6 tygodni. W Japonii rok szkolny zaczyna się pierwszego kwietnia. W maju jest tygodniowa przerwa, 1 trymestr kończy się w lipcu, po nim jest 40 dni wakacji. Drugi trymestr zaczyna się we wrześniu i kończy w grudniu. Między drugim a trzecim trymestrem jest dwa tygodnie ferii zimowych. ostatni wolny czas jest po zakończeniu trzeciego trymestru i są to dwa tygodnie. W Australii rok szkolny zaczyna się pod koniec stycznia i podzielony jest na 4 okresy. Każdy z nich trwa ok 10 tygodni a w sumie 40  tygodni. Pomiędzy okresami są dwutygodniowe ferie. Rok szkolny kończy się w połowie grudnia, następnie uczniowie mają sześć tygodni wakacji.

Co z tego wynika?

Po co o tym wszystkim piszę? Wspomniane przykłady służą za inspirację do myślenia o rozkładzie roku szkolnego w odmienny sposób. Jeśli nasi uczniowie nudzą się w czasie wakacji mając do dyspozycji 10 tygodni latem, a jednocześnie narzekają na brak odpoczynku w czasie roku szkolnego, może warto coś z tym zrobić? 

Skąd wzięły się dwumiesięczne wakacje?

Jeśli zastanawiacie się, dlaczego wakacje w Polsce są rozplanowane w taki a nie inny sposób, powiem wam co udało mi się wyczytać w Internetach. Otóż, najbardziej popularna wersja głosi, że dwumiesięczne letnie wakacje zostały zaplanowane po to by dzieci mogły w czasie żniw pomagać w gospodarstwach. Być może miało to uzasadnienie jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Dzisiaj jednak sytuacja jest inna, co pokazuje poniższy wykres:
Źródło: https://bit.ly/2FD9DAj





W związku z dynamicznym rozwojem sektora usług, powinniśmy zastanowić się nad zasadnością utrzymywania skostniałego schematu organizacji roku szkolnego. Odpowiedzią na dzisiejsze potrzeby uczniów byłby model z częstszymi, ale krótszymi przerwami. Jakie płyną z tego korzyści? 

Co zyskamy dzięki zmianie?

Po pierwsze, uczniowie są mniej przemęczeni, bo mogą liczyć na częstsze przerwy. Po drugie, uczniowie nie cierpią już na syndrom wakacyjnej amnezji, z którego muszą leczyć się cały wrzesień. Po trzecie, uczniowie mogą bardziej efektywnie zaplanować swój czas wolny i nie muszą cierpieć na nudę. Kolejną zaletą jest to, że przy odpowiednim podziale na okresy, uczniowie nadal mogą zajmować się pracą zarobkową, np. w okresach przedświątecznych kiedy potrzeba pomocy do sprawnego obsłużenia klientów robiących przedświąteczne zakupy. 

Korzyści z nowego systemu odczują też nauczyciele, którzy mogą na bieżąco wprowadzać poprawki do swojego warsztatu pracy, a w konsekwencji, lepiej wykonywać swoją pracę. Mają też czas na odpoczynek w ciągu roku szkolnego, co pozwala im się zregenerować i skorzystać z przed- i posezonowych promocji wakacyjnych, których nie mogą teraz odżałować.


Kolejną grupą, która ma okazję zyskać na zmianach są przedsiębiorcy związani z turystyką dla dzieci. Więcej wolnego poza wysokim sezonem pozwala im na uzyskanie dodatkowego dochodu, ponieważ dzieci często chcą spędzać czas wolny aktywnie, a rodzice nie są w stanie wygospodarować wystarczająco dużo czasu dla swoich pociech.


Skoro mowa o rodzicach, to w ich przypadku sytuacja również ulega poprawie. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że wprowadzenie zmian pogarsza sytuację rodziców, bo więcej razy w ciągu roku muszą organizować opiekę dla swoich dzieci. Ale z drugiej strony, nie dosyć, że przerwy w trakcie roku będą trwały maksymalnie dwa tygodnie, to rodzice będą mieli jeszcze wsparcie szkół w postaci półkolonii oferowanych w czasie wolnym od lekcji. Ponadto, znacznie łatwiej jest znaleźć opiekę dla dziecka na 30 dni niż na 60 w trakcie wakacji

Mamy WHY, ale co z HOW?

Jak mógłby wyglądać nowy podział czasu wolnego? Najpierw zastanówmy się nad obecną sytuacją. Pomijając pojedyncze dni wolne, w ciągu roku szkolnego rozpoczynającego się 1 września mamy ok. 10 dni wolnych na święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok w drugiej połowie grudnia. Następnie w okresie od stycznia do końca lutego, uczniowie z poszczególnych województw mają dwutygodniowe ferie zimowe. Potem, jest sześć dni na Wielkanoc oraz 10 tygodni wakacji rozpoczynających się pod koniec czerwca. Do tego dochodzą dni dyrektorskie (6-10 w zależności od typu szkoły), dni egzaminów zewnętrznych i pojedyncze święta. Dla ułatwienia rachunku przyjmijmy, że uczniowie mają w ciągu roku około 100 dni wolnych wliczając w to wakacje i ferie zimowe. 

Przyjmijmy również organizację roku szkolnego na 40 tygodni co jest obecnie standardem w wielu krajach z światowej czołówki edukacyjnej. Najdłuższe okresy czasu wolnego spowodowane świętami są w okolicach Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku oraz Wielkiej Nocy. Oprócz tego są pojedyncze święta zarówno w pierwszym jak i w drugim semestrze. Problematyczne są również okresy egzaminów zewnętrznych, szczególnie w zespołach szkół SP i LO.


Zakładamy początek roku szkolnego 1 września. Pierwszy okres mógłby trwać od września do połowy grudnia. To daje nam 16 tygodni nauki bez pojedynczych dni świąt takich jak Wszystkich Świętych czy Dzień Niepodległości. Po tym okresie moglibyśmy mieć zimowe ferie trwające od 21 grudnia do 6 stycznia. Drugi okres mógłby trwać 11 tygodni po czym miałaby miejsce przerwa Wielkanocna trwająca od wielkiego Czwartku przez dwa tygodnie. Czyli na razie mamy wykorzystane 27 tygodni nauki. Następny okres mógłby trwać 13 tygodni do końca lipca z wyłączeniem czwartku i piątku na Boże Ciało. Razem daje nam to 40 tygodni szkoły po których mamy 30 dni wakacji letnich aż do końca sierpnia.


Taka organizacja roku szkolnego pozwala na kilkukrotną regenerację w trakcie roku szkolnego oraz pozwala uczniom na efektywniejsze wykorzystanie czasu spędzonego w szkole. Co więcej, Nauczyciele również mogą odpocząć lub przeznaczyć ten czas na doskonalenie zawodowe, a kadra zarządzająca ma czas na przeprowadzanie remontów, szkolenia i inne czynności wykonywane wtedy kiedy nie sprawuje się opieki nad dziećmi. Ponadto, proponowany przeze mnie system sprzyja zwinnemu podejściu do uczenia się, ponieważ daje czas na refleksję i wprowadzanie zmian w trakcie roku szkolnego. Co więcej, po przerwie wiosennej lub w jej trakcie byłaby możliwość przeprowadzenia egzaminów zewnętrznych dla SP i szkół średnich. 

Pole do dyskusji i działania 

Oczywiście, moja propozycja wygląda dobrze na papierze i wymaga wielu poprawek, konsultacji i uwzględnienia realiów, z których nie zdaję sobie sprawy, ale i tak jest to opcja warta rozważenia, ponieważ odpowiada na potrzeby współczesnych uczniów, nauczycieli i rodziców.



Jak efektywnie uczyć matematyki?

nowe podejście do struktury szkół matematycznych

Jako anglista mam bardzo mgliste pojęcie jak wyglądają realia uczenia matematyki od strony nauczyciela. Wiem tylko to co słyszę od uczniów. Często są to opinie, z których wynika, że nauczyciel ocenia umiejętności uczniów wyżej niż wskazuje na to ich samoocena. W rezultacie nauczyciel często pomija pewne kwestie w danym aspekcie sądząc, że nie wymagają omówienia, a uczniowie totalnie się gubią.

Kiedyś podobnie wyglądała nauka języków obcych. Ludzie byli na różnych poziomach i ciężko było iść dynamicznie z materiałem by zaspokoić potrzeby najzdolniejszych i jednocześnie skupiać się na podstawach dla najsłabszych uczniów. Sytuację poprawiło wprowadzenie oddziałów i szkół dwujęzycznych. Osoby wysoko oceniające swoje umiejętności językowe mogą  od tej pory rozwijać je w tempie odpowiadającym ich potrzebom. A osoby, które zawsze były na bakier z językami mogą uczyć się w swoim tempie.

Największym atutem dwujęzyczności w szkołach jest bardzo precyzyjny i wieloetapowy system sprawdzania poziomu znajomości języka oraz predyspozycji do nauki języków obcych. Taki system pozwala na konstruowanie grup składających się z uczniów o podobnych predyspozycjach oraz poziomie wiedzy i umiejętności.

Co ma z tym wspólnego matematyka? Przede wszystkim to, że ludzie mogą być z nią również na bakier. Są osoby, które czują się pewnie w obszarze matematyki oraz osoby, które wręcz panicznie boją się królowej nauk i paraliżujący strach nie pozwala im rozwijać się. W związku z tym,  rozwiązaniem mogłoby być zastosowanie podobnych rozwiązań do tych z klas dwujęzycznych.

Pierwszym etapem może być test predyspozycji matematyczno-logicznych, zrobiony przez specjalistów z uniwersytetu dla danego miasta taki sam. Wynik testu na poziomie minimum 30% uprawniałby ucznia do nauki w klasie hipermatematycznej (nazwa umowna). Następnie, należy zweryfikować faktyczny poziom wiedzy i umiejętności z matematyki, co osiągniemy testem diagnostycznym stworzonym na poziomie danej szkoły. Powyższe czynności powinny zadziać się w roku poprzedzającym rok rozpoczęcia przez ucznia nauki w klasie hipermatematycznej.

Potem warto zadbać o integrację uczniów ze sobą i z nauczycielami, by jeszcze lepiej podzielić dzieci na grupy i klasy. Forma integracji zależy od preferencji szkoły i może przyjąć formy wydarzeń trwających od jednego do kilku dni, na miejscu lub poza szkołą. Najlepiej, gdyby integracja odbyła się krotkomprzed rozpoczęciem zajęć, tak by po pierwsze można ją wziąć pod uwagę przy doborze grup a zdrugiej strony by uczniowie lepiej rozpoczelirok szkolny.

Efekty takiego dopasowania plus liczba godzin matematyki taka jak angielskiego w klasie dwujęzycznej mogą być receptą na kulejącą sytuację w obszarze matematyki. Oczywiście nie jest łatwo taki system wprowadzić w szkołach wyspecjalizowanych w innej dziedzinie, jak choćby wspominane tutaj języki obce, ale jest to wykonalne przy ilości godzin z siatki. A poza tym, w tej chwili władze nie są skłonne inwestować dodatkowych pieniędzy w edukację.

Pozostaje jeszcze  pytanie co z osobami, które nie dostaną się do klas hipermatematycznych. Te osoby mogą iść dotychczasowym trybem mając tempo dostosowane do swoich możliwości. Selekcja siłą rzeczy zadzieje się również w ich wypadku, ale jest ona czymś dobrym dla ich rozwoju umiejętności matematycznych.

Pomysły o których piszę nie są moim oryginalnym tworem, a raczej kompilacją rozwiązań funkcjonujących lub kiełkujących już w niektórych szkołach. Najbardziej zależy mi na efektywnym nauczaniu by mogło ono zaistnieć na szeroką skalę i pozytywnie wpłynąć na wizerunek matematyki wśród uczniów.